7.

235 10 2
                                        

Diana pov's

W biurze następnego dnia wszystko wyglądało inaczej niż w mojej głowie przez ostatnie godziny.

Nie było tam miejsca na chaos, który nosiłam w sobie od rana. Świat poza mną działał bez zająknięcia — jakby nic się nie wydarzyło, jakby nic nie miało się wydarzyć.

Ludzie rozmawiali półgłosem, przesuwali krzesła, stawiali kubki na stołach. W powietrzu unosił się zapach kawy i papieru, a klimatyzacja pracowała jednostajnie, prawie hipnotycznie.

Siedziałam przy dużym stole konferencyjnym, otoczona szkicami, materiałami i planami scenografii. Długopis obracał mi się między palcami, chociaż nic nie notowałam od dobrych kilku minut.

Po prostu patrzyłam.

I czekałam, aż mózg przestanie analizować wszystko naraz.

— Dekoracje przyjadą w przyszłym tygodniu. — Destiny oparła marker o tablicę i odetchnęła cicho, poprawiając włosy za ucho. Jej głos był pewny, ale zmęczenie i tak było w nim słychać. — Wtedy zaczynamy montaż.

— Kreacje są już gotowe. — Walery przesunęła palcem po liście, po czym wypuściła powietrze przez nos. — Wszystko posegregowane według wyjść. Nic się nie miesza.

Skinęłam głową, choć w środku miałam wrażenie, że „nic się nie miesza" to najbardziej optymistyczne zdanie, jakie słyszałam od tygodnia.

— Dobra... — mruknęłam bardziej do siebie niż do nich, prostując się powoli na krześle. — Czyli wszystko musi działać.

Brunet siedzący naprzeciwko mnie prychnął cicho i odchylił się na oparcie krzesła, przeciągając dłonią po karku.

— „Musi działać" — powtórzył z lekkim rozbawieniem. — Ulubione słowa ludzi, którzy jeszcze nie poznali prawdziwego znaczenia słowa „katastrofa".

Kilka osób parsknęło śmiechem.

Ja nie.

Bo gdzieś w środku dokładnie to czułam — że wszystko jest tylko chwilowo poukładane.

Odetchnęłam powoli, opuszczając wzrok na notatki. Papier lekko drżał, kiedy przesuwałam po nim palcem.

Victor jeszcze się nie pojawił na spotkaniu.

Ale jego obecność i tak wisiała nad całym piętrem jak napięcie przed burzą.

Popołudnie zaczęło się rozlewać po biurze wolniej, ciężej.

Światło zza ogromnych okien zrobiło się bardziej miękkie, złamane przez chmury. Ludzie stopniowo znikali z open space'u, rozmowy cichły, aż zostało tylko rytmiczne klikanie klawiatur i cichy szum miasta za szkłem.

Zostałam sama przy swoim biurku.

Szkicowałam.

Linia. Przerwa. Korekta. Wymazanie.

I znowu od początku.

Westchnęłam cicho, opierając skroń o dłoń. Przez chwilę zamknęłam oczy — tylko na sekundę, tylko żeby złapać oddech.

Nie zdążyłam nawet dobrze się rozluźnić.

— Pracownicy raczej nie śpią w pracy.

Otworzyłam oczy natychmiast.

Głos był niski. Spokojny. Zbyt spokojny, jak zawsze.

Victor stał kilka kroków od mojego biurka.

Jedna ręka w kieszeni spodni, druga luźno opuszczona wzdłuż ciała. Nie wyglądał jak ktoś, kto właśnie wszedł — raczej jak ktoś, kto od początku tu był i dopiero teraz postanowił się ujawnić.

The missing piece [ W POPRAWKACH] Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz