Usiedliśmy na kocu, otworzyliśmy piwa i rozmawialiśmy obserwując otoczenie i z wolna pojawiające się już na niebie gwiazdy.
Po dłuższym momencie kiedy obydwie moje puszki były już praktycznie puste położyłem się kładąc moją głowę na nodze Richarda.
- Trochę mi zimno szczerze.- Bez słowa, uśmiechając się tylko do mnie, podszedł do motoru i wziął drugi koc, skąd go miał pozostawało tylko domysłom, i przyniósł go mi. Siadł jak wcześniej, abym mógł oprzeć się w ten sam sposób, najwyraźniej odpowiadało mu to.- Dziękuję- uśmiechnąłem się w jego stronę, na co on uśmiechnął się i pogłaskał mnie przez koc .- Nie sądzisz, że to miejsce ma dziwną atmosferę?
- Jest tu pięknie- odpowiedział.- Przypomina mi to moje rodzinne miasto, może nie jest to najlepsza referencja, bo nie powiem, żebym miał z tamtym miejscem wiele dobrych wspomnień...- wziął głęboki i długi oddech.- Ale trzeba przyznać, że natura, która otaczała tamto miejsce była zwyczajnie magiczna. Szczególnie dla mnie, zawsze kiedy pogoda była akceptowalna, urywałem się z domu, aby posiedzieć gdzieś pod drzewem, na polu, a właściwie gdziekolwiek tylko nie tam.
Zapanowała cisza, ale nie wydaje mi się jak gdyby była konfrontująca, bądź nieprzyjemna dla Richarda, który właśnie podzielił się częścią swojego dzieciństwa ze mną. Zdążyliśmy położyć się obok siebie, ja wtulony w niego, a jego ręka na moich plecach. Od czasu do czasu dawał mi buziaka w głowę, która leżała na jego statycznie poruszającej się klatce piersiowej. Nie mogłem powstrzymać się od uśmiechu kiedy to robił, co chyba w jakiś sposób był w stanie wyczuć bo przytulał mnie mocniej i głaskał intensywniej.
Alkohol i ja nie byliśmy jednak najlepszym duetem jaki istniał. Może i nie miałem różnorakich przygód, lecz zawsze, kiedy chociaż lekko odczuwałem jego obecność w swoim organizmie łapały mnie najgorsze przemyślenia. Musiałem je zapisać, bądź wypowiedzieć koniecznie, nie wiedzieć czemu, tak już działał na mnie alkohol. Warto zaznaczyć, że w znacznej większości przypadków myśli te nie bywały wcale pozytywne.
- Nie myślisz czasem, gdy jest dobrze, o tym, że zaraz... wszystko pierdolnie? Że nic co dobre nie może trwać, więc tak na prawdę dążenie do tego dobrego jest przyjemniejsze niż ono samo w sobie? Wtedy przynajmniej czeka cię coś dobrego na końcu, a teraz może być tylko gorzej. Zapewne będzie.- Podniosłem się lekko w górę na tyle, aby móc spojrzeć mu w oczy pytająco, co też uczyniłem.- Całe nasze życie składa się z występujących na wielu płaszczyznach cykli, których nie jesteśmy w stanie w żaden sposób przeskoczyć. Kiedy znajdziemy się w życiowej hossie, nie ważne na ile jesteśmy świadomi tego, za niedługo nastąpi spadek, to konieczne, to naturalne.- Po jego twarzy dało się poznać, że albo nie do końca zrozumiał przekaz mojej wypowiedzi, albo zwyczajnie myślał jak zareagować. W końcu jakby nie patrzeć było to dość z nikąd, nic dziwnego, że nie był przygotowany. Nastała chwilowa cisza.
- Ja jednak mam nadzieję. O ile nie zawsze tak było to... z tobą jest po prostu inaczej Paul- popatrzyłem się na niego kwestionującym wzrokiem, a ten na mnie spojrzeniem widocznie upojonym, nie alkoholem, lecz uczuciem.- To nie tak, że po prostu się zakochałem i nie myślę o niczym innym-natężyłem owo spojrzenie.- No dobra, może trochę- kontynuował. Był tak słodki jak próbował się tłumaczyć tłumiąc uśmiech.- Ale to nie zmienia faktu, że myślę, że to faktycznie może zadziałać.
Do tego momentu zdążyłem już bardzo powolnymi ruchami, aby nie wybić go z myśli, nie zbić z tropu, usiąść okrakiem na wysokości jego bioder.
- I mówisz to ty? Wielki nieszczęśliwy pesymista- powiedziałem delikatnie prześmiewczym, lecz zarazem pieszczotliwym głosem. Jego wyraz twarzy oddawał bardzo dobrze to, jak podobała mu się ta sytuacja, prześmiewcze pieszczoty, głębokie rozmowy. Zdawało się, że nawet bycie nazwanym wielkim pesymistą sprawiło, że poczuł się dumny, doceniony. Taki już był jego obrany styl życia, więc nie dziwne, że chciał być tak postrzegany.
Boże Paul, co ty z nim zrobiłeś- pomyślałem.-Wpłynąłeś w ten sposób na człowieka. Na dorosłego człowieka. Na nie byle jakiego człowieka. Nie byle jaki człowiek... zakochał się w tobie? Reesh się w tobie zakochał. Richard Zven Kruspe się w tobie kurwa zakochał.- Patrzyłem się w przestrzeń przed sobą siedząc na Richardzie. Nie mrugnąłem od nienaturalnie długiego czasu, właśnie zrozumiałem, że on na prawdę mnie kochał, przynajmniej wszystko na to wskazywało. Czy to oznacza, że jest już to ten tyle przeze mnie analizowany moment, w którym wszystko pójdzie się jebać? Może wcale tak nie jest, lecz myśląc o tym i przekonując się nieustannie, że nie możemy utrzymać się na dobrych stosunkach sam przyczynię się do upadku, wymanifestuję to, czego nie chcę najbardziej?
- Paul? Halo?- Delikatny, melodyjny głos dobiegł do mnie z dołu. Dało się usłyszeć, że Reesh za to nie został jeszcze wyrwany w pełni ze swojego stanu wywołanego przypływem pozytywnych uczuć.
- Tak, tak?- Wyrwałem się z transu.
- Wszystko okej z tobą?- Nie odpowiedziałem, dalej nie wiedziałem co się dzieje, patrzyłem tylko na niego zgubiony. Reesh usiadł, ze mną wciąż siedzącym teraz już na jego udach. Pocałował mnie delikatnie i powtórzył pytanie- Wszystko okej?- Wtuliłem się tylko w niego i tak trwaliśmy. Bałem się go stracić, bałem się przeraźliwie. Tego wieczoru moje ciało wielokrotnie przeszły ciarki niepokoju, obawy przed utratą ukochanego, czułem, że coś złego wydarzy się niebawem.
Siedząc na nim pocałowałem go w usta. Nie był to rzecz oczywista raz pierwszy, lecz każde nasze zbliżenie było dla mnie wciąż tak samo żałośnie ekscytujące. Poczułem jego ciężki dotyk na wysokości mojej talii, lecz tym razem był inny. Był pewny, sprawiał wrażenie jak gdyby brał udział w dokładnie tej sytuacji dziesiątki razy przedtem. Nie to, żebym stresował się w jego towarzystwie, lecz wersja jego, którą prezentował ze sobą w tym momencie stawała przede mną wcześniej jedynie w moich fantazjach, jakkolwiek idiotycznie nie jest tego przyznać. Oczywistym jest, że fantazjowałem o swym ulubieńcu, nawet przed naszym pierwszym faktycznym zbliżeniem, pomyśleć jak hipotetyczne było to wszystko wtedy. Kontynuowałem pocałunki, a on z nie mniejszym zaangażowaniem oddawał je skrupulatnie. Otaczała nas wysoka trawa i mimo, że nie było nikogo w promieniu kilku, czy nawet kilkunastu kilometrów utwierdzała nas ona w poczuciu bezpieczeństwa, a nawet jeżeli tylko mentalnego to na pewno dodawała do klimatu. Zacząłem poruszać biodrami w tył i przód, wchodząc idealnie na rytm naszego pocałunku i wtedy zjawiło się ono. To kłujące lecz jakże przyjemne uczucie w moim brzuchu, które sprawiało, że traciłem kontrole nad swoim ciałem. Nim zdążyłem się obejrzeć, w bardzo umyślny i ostrożny sposób, Richard położył mnie na kocu, rozkładając moje nogi pomiędzy którymi zawisnął nie przerywając serii swych namiętnych pełnych uczuć pocałunków. Gdy oparł się w końcu kolanami o podłogę, owinalem swoje nogi dookoła jego pleców, na tyle ciasno abyśmy mogli być jeszcze bliżej, lecz na tyle luźno by mógł się swobodnie poruszać. Podnieciło to, zapewne nie tylko mnie, jeszcze bardziej. Trzymając się za jego plecy, przyjmując wciąż pocałunki na szyi, mimowolnie wydałem z siebie bardzo cichy dźwięk, wskazujący na przyjemność odczuwaną przeze mnie w tamtym momencie. Stanowczym lecz znów delikatnym ruchem posadził nas, właściwie sadzając mnie na swoich kolanach. Normalnemu mężczyźnie pewnie ujęłoby to od męskości, lecz fakt, że Reesh był na tyle silniejszy ode mnie by być w stanie w dowolny sposób rządzić moim położeniem był zwyczajnie atrakcyjny. Wtedy przypomniałem sobie coś, co miało zupełnie zmienić bieg wydarzeń, być może nie tylko tej sytuacji, lecz i całej naszej relacji. Chciałem dać ponieść się chwili i oddać mu się, ale czułem, że będę mógł to zrobić dopiero, kiedy oczyszczę swoje sumienie.
- Reesh, kochanie, poczekaj- powiedziałem niepewnym tonem, lecz czułem wewnętrzną presję, aby przed czymkolwiek, co miało się stać, wyznać mu, co mnie trapi.
- Kochanie?- Uśmiechnął się i przestał dokładnie tak, jak mu kazałem. Dało się jednak poznać, że był lekko zaniepokojony tym, z pozoru przypadkowym, życzeniem.- Co się stało?
- Jest sprawa. Wiem... - Wziąłem głęboki oddech.- Wiem, że nie jest to coś, co chciałbyś w tym momencie, lub kiedykolwiek ode mnie usłyszeć.- Mówiłem spokojnie, ważąc dokładnie każde swoje słowo. Dla bezpieczeństwa zszedłem z niego, co też rozumiejąc powagę sytuacji sam ułatwił mi. Nie mówił nic, ale swoim spojrzeniem nakłaniał mnie do dalszego kontynuowania wyznania. Stwierdziłem, że najprościej będzie bez owijania w bawełnę powiedzieć, co trzeba.- Carlos jest ciężko chory. Nie tak dawno zdiagnozowano u niego nowotwór czwartego stopnia, a w ostatnich dniach dobiegła go tragiczna wiadomość. Mianowicie...- Patrzyłem się cały czas w jeden punkt, tuż obok twarzy Richarda.- Mianowicie lekarz oznajmił mu, że leczenie nie ma sensu, a on sam ma nie więcej niż cztery tygodnie. Jego matka dzwoniła do mnie wczoraj. Powiedziała, że zapytany o to, co chciałby zrobić w związku z ową informacją, jedyne, czego chciał, to zobaczyć mnie ten ostatni raz. Nie miałem serca odmówić, nie jest to nic o charakterze dawnego naszego związku, ale zwyczajne przyjacielskie wsparcie. Mam tylko nadzieję, że nie masz nic przeciwko, wiem, że dla ciebie ten okres też nie jest najłatwiejszy, ale boję się żalu, który mógłbym mieć sam do siebie, gdybym nie zgodził się na to. Także nie później niż po jutrze wylatuję i zostanę tyle, ile będzie trzeba.- Przerwałem i siedzieliśmy chwilę w ciszy. Bałem się spojrzeć na jego twarz, w końcu specyficznie prosił mnie, abym wspierał go teraz, z czego też zakwitła nasza obecna relacja. Nie wiedziałem, czy robię dobrze, nie wiedziałem jak może skończyć się to. Jedyne co wiedziałem, to to, że nie spełnienie tak błahej prośby od osoby, która kiedyś kochała mnie bezgranicznie, a teraz jest na łożu śmierci, byłoby dla mnie zwykłą zbrodnią, o ile nie czymś gorszym. - Przepraszam - wyszeptałem łamiącym się głosem, a łzy z wolna zaczęły kapać z mojego policzka.
CZYTASZ
paulchard
FanfictionDwóch gitarzystów popularnego zespołu zakochuje się w sobie, lecz wszystko zdaje się być przeciwko ich wspólnemu szczęściu. Czy uda im się pokonać rozmaite przeszkody i żyć razem? !!! Książka nie powinna być wykorzystywana jako źródło informacji na...
