Rozdział II. Wyżyny.

166 4 0
                                        


Spojrzał na zegarek, była niemal piętnasta. Zastanawiał się, co będzie robił w kolejny weekend w tym „pięknym i jakże interesującym" mieście. W sumie nie miał dużego wyboru. Na pewno musi zrobić jakieś zakupy spożywcze. W jego lodówce hulał potężny wiatr. Reszta zajęć jak zwykle przybierze dokładnie wypracowany model. Oglądanie telewizji z szklaneczką Whisky w dłoni. W przypływie fantazji i dobrego nastroju być może zje obiad w jednej z restauracji położonej przy głównym deptaku w centrum miasta.

Gdy zakładał swój płaszcz szykując się do wyjścia, zadzwonił telefon. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się tępo w szarą słuchawkę aparatu. Wiedział, że telefon o tej porze, tuż przed samym początkiem weekendu nie może zwiastować niczego dobrego. Ale co miał niby zrobić ? W końcu to była jego praca. Służba, którą tak się szczycił. Westchnął głośno. Podniósł słuchawkę do ucha, przerywając piszczącą „telefoniczną" serenadę.

- Liljewski, słucham – odezwał się ostro.

- Dzień dobry panie prokuratorze. Z tej strony aspirant Grzegorz Wolski – przedstawił się tubalny głos w słuchawce. – Oficer dyżurny miasta Ełku.

- Witam - odpowiedział.

- Z moich danych wynika, że to właśnie pan w dniu dzisiejszym pełni prokuratorski dyżur „zdarzeniowy".

W każdej prokuraturze codziennie jeden z prokuratorów pełni tak zwany dyżur „zdarzeniowy". Swoim zakresem obejmował on wszelkie okoliczności w wyniku, których doszło do nagłej śmierci człowieka. Były to zarówno przypadki samobójczych zamachów na swoje życie, śmiertelnych wypadków komunikacyjnych czy wreszcie zabójstw. W wypadku zaistnienia którejkolwiek z tych sytuacji, śledczy pełniący dyżur jest zobowiązany udać się na miejsce takiego zdarzenia. Tam musi przeprowadzić stosowne czynności procesowe, mające na celu zabezpieczenie ważnych dowodów dla dalszego śledztwa.

- Tak – rzucił obojętnie. - Pełnię dzisiaj dyżur.

- Panie prokuratorze prawdopodobnie doszło do zabójstwa.

- Zabójstwa ? – pomyślał. – To raczej mało prawdopodobne – podsumował w głowie.

- Gdzie ?

- W mieszkaniu numer pięć, przy ulicy Mickiewicza czternaście.

- No dobrze. Sprawdzę to na miejscu. Proszę przysłać po mnie radiowóz. Niech podjedzie pod budynek prokuratury.

- Już wysyłam panie prokuratorze, do usłyszenia.

- Do widzenia – odpowiedział obojętnie, odkładając słuchawkę na widełki.

Chora noga tak bardzo go bolała, że najchętniej by ją amputował.

- Co zrobić ? Ból trzeba eliminować – odpowiedział z przekorą sam sobie, wkładając do ust kolejną tabletkę Vicodinu.

Standardowo odliczył do trzydziestu czekając aż całe jego ciało zaleje fala odprężenia, wyostrzająca zmysły. Tylko wówczas w pełni będzie mógł skoncentrować się na czekającym zadaniu. Fizyczna udręka była przeszkodą, którą mogła zakłócić tą powinność. A taki stan rzeczy był niedopuszczalny. Przynajmniej dla niego. Teraz liczył się tylko ciążący na nim obowiązek, który musiał jak najdokładniej zrealizować.

Wyszedł na zewnątrz. Pomału zapadała szarówka. Do tego z każdą chwilą było coraz chłodniej. Postawił do góry kołnierz płaszcza tak, aby choć trochę osłonić głowę przed przenikliwym wiatrem. Po upływie dziesięciu minut przyjechała policyjna Kia. Szybkim krokiem podszedł do niej. W środku siedziało dwóch młodych policjantów. Przez dłuższą chwilę mierzył się wzrokiem, z funkcjonariuszem zajmującym przedni fotel pasażera. W końcu ten ostatni zrozumiał dlaczego prokurator nie wsiada do środka. Policjant wysiadł zwalniając przedni fotel. Sam usiadł z tyłu na twardym plastikowym siedzisku, przeznaczonym dla osób zatrzymanych.

ProkuratorOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz