Rozdział XXIII. Guru.

45 3 0
                                        

Budynek, w którym znajdowała się świątynia świadków Jehowy był widoczny już z sąsiednich ulic. Wysoki, trzypiętrowy strzelisty gmach lśnił w promieniach mętnego słońca nieskazitelną bielę swoich ścian. Na wysokości ostatniego piętra w niebo pięły się trzy małe wieżyczki pokryte drobną czerwoną dachówką. Przestronne okna optycznie powiększały i tak ogromną już konstrukcję. Przed obiektem rozciągał się duży parking, ogrodzony wysokim metalowym płotem. W koło świątyni krzątało się dwóch mężczyzn grabiących jesienne liście.

Na pierwszy rzut oka widać było, że wyznawcy tego ruchu religijnego należą do zamożniejszej części społeczeństwa.

Wjechali przez otwartą bramę parkując auto tuż obok drewnianych drzwi wejściowych.

Liljewski z trudem podniósł się ze swojego miejsca. Chora noga co jakiś czas przypominała o swojej obecności. Lekko utykając podszedł do dwuskrzydłowych drzwi, na których wisiała srebrna kołatka z wizerunkiem głowy lwa. Trzykrotnie zastukał. Po dłuższej chwili w progu ukazał się niski, szczupły mężczyzna ubrany w elegancki błękitny garnitur.

- Dzień dobry, nazywam się Antoni Lijewski – przedstawił się. - Jestem tutejszym prokuratorem. To jest podkomisarz Marcin Mróz – wskazał głową na swojego kompana. - Wspólnie prowadzimy śledztwo w sprawie uprowadzenia małoletniej Zofii Walskiej.

- Witam panów – niski mężczyzna błysną nieskazitelną bielą przednich zębów. - Ja z kolei nazywam się Arkadiusz Lorych i mam zaszczyt być starszym zboru miejscowego ruchu świadków Jehowy. Jeżeli można, to chciałbym prosić o okazanie przez panów legitymacji służbowych. W tych czasach mało komu można już ufać – smutno pokręcił głową.

- Oczywiście – odparł prawnik.

Skinął głową na policjanta. Ten podał mu swoją legitymację. Antoni podsunął oba dokumenty pod nos Lorycha. Mężczyzna bacznie otaksował je wzrokiem. Następnie szeroko się uśmiechnął.

- Dziękuje – zaczął. - W sumie to można powiedzieć, że i tak spodziewałem się tej wizyty.

- Tak ? A dlaczego ? – przerwał mu w pół słowa jurysta.

Kapłan spojrzał głęboko w oczy Liljewskiego.

- Panie prokuratorze, nie bądźmy dziećmi. Po co te podchody ? – prychnął. - To jest stosunkowo małe miasto. Aby dobrze sprawować swoją funkcję, muszę orientować się w sprawach duchowych dotyczących moich owieczek. Nie mogę pozwolić im na zejście z obranej drogi prowadzącej w ramiona naszego pana. Zapraszam do środka.

Antoniego coś zaniepokoiło w wzroku Lorycha. Przez dłuższą chwilę nie mógł ustalić co to jest. Dopiero po głębszym namyśle znalazł odpowiedź na nurtujące go pytanie. Chodziło o butę oraz pogardę. Mężczyzna wprost kipiał nadętą arogancją. Tak naprawdę zamienili parę grzecznościowych słów a śledczy już poczuł protekcjonalne podejście do jego osoby.

- To będzie ciężka przeprawa – przemknęło mu przez głowę.

Funkcjonariusze ruszyli za mężczyzną długim przestronnym korytarzem. Liljewski jeszcze nigdy nie był w takim miejscu. Budynek całkowicie nie przypominał znanych mu świątyń. Nigdzie nie można było dostrzec wizerunków krzyża czy choćby małego obrazka przedstawiającego jakąś scenę religijną bądź jakąś postać świętej osoby, których pełnio było w katolickich kościołach. Tu panowała wręcz sterylna, szpitalna czystość i pustka.

- To jest moja kancelaria – głos Lorycha wyrwał śledczego z zadumy.

Kapłan przepuścił funkcjonariuszy przodem. Na środku dużego pokoju stał okazały dębowy stół. Naprzeciw niego stała czarna skórzana kanapa. Na ścianach pomieszczenia wisiały dwa wielkie, płaskie ekrany telewizorów. W rogu ustawiono regały, na których piętrzyły się opasłe tomy jakiś ksiąg. Czarną tarakotę wycierała oparta na kolanach starsza kobieta. Na widok przybyłych raptownie zerwała się do góry. Swój wzrok wlepiła w czubki własnych stóp. Antoni dostrzegł w tym jakiś dziwny automatyzm. Tak jakby kobieta miała zaprogramowany w głowie obowiązek prężenia się na widok starszego zboru.

ProkuratorOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz