Rozdział XXII. Inkwizytor.

50 5 0
                                        

Widział ją bardzo wyraźnie. Stała tuż przed nim. Uśmiechała się zalotnie, kręcąc przy tym jednym ze swoich rudych loków. Zieleń jej oczu rozpalała wszystkie jego zmysły. Doprowadzała do szaleństwa. Przenikliwy wzrok zdawał się przewiercać na wylot jego obolałą duszę. On sam tylko siedział i patrzył na nią. Nic więcej. Sen mieszał się z jawą, a wszystko zlało się w jedną nieskończoną całość. Coś przerywało i zakłócało tę idealną symbiozę. Jakiś dziwny dźwięk. Jakby ktoś go wołał. Tylko kto i po co ? Dlaczego ktoś mu przeszkadza ? Dlaczego ktoś chce go tego pozbawić ?

- Antoś obudź się – powiedziała łagodnie. – Czas już wstawać. Musisz mi pomóc.

Rzucił się na łóżku. Z trudem otworzył zapuchnięte oczy. Rozejrzał się po pokoju. Tuż obok niego na poduszce leżała pusta butelka Jim Bean. Jej siostrę również opróżnioną w całości dostrzegł na stoliku nocnym. Koszmarny ból głowy zdawał się przeszywać jego mózg na wylot. Miał wrażenie, że zaraz opuści jego czaszkę i pójdzie w swoją stronę zostawiając na łóżku bezwiedną powłokę cielesną.

Jego telefon dzwonił jak oszalały. Stojący na szafce budzik wskazywał trzecią nad ranem. W końcu udało mu się odnaleźć komórkę leżącą pod poduszką.

- Halo – wymamrotał zachrypniętym głosem.

- Mój Boże dobrze, że w końcu odebrałeś. Dobijam się do ciebie już od dobrej godziny.

- Kto mówi ? – spytał zdezorientowany.

- Antek to ja, Maja.

- Maja ? O co chodzi ?– spytał wyrwany z marzeń sennych. – Dlaczego dzwonisz ? Przecież jesteś tu obok mnie.

- Antek zejdź na ziemie ! – zrugała go. – Obudź się !

- Nie krzycz tak – odparł masując lewą dłonią płonące czoło.

- On ją porwał.

- Jak to porwał ? Kto kogo porwał ? - pomału dochodził już do siebie.

- Ten chory człowiek porwał Zosię. Zabrał ją ze szpitala i gdzieś wywiózł. Proszę, przyjedź tu szybko. Tu chodzi o jej życie.

Dopiero to go otrzeźwiło. W pełni wrócił do rzeczywistości.

Odparł krótko.

- Jadę.

- Dobrze jestem na Intensywnej Terapii. Tylko się pospiesz.

Gdy tylko podniósł się z łózka, zakręciło mu się w głowie. Jakaś brutalna siła z powrotem wbiła go w materac wersalki. Chora noga całkowicie zdrętwiała. Również druga próba wstania skończyła się klęską.

- Ja pierdolę – syknął rozgoryczony. – Jak nic amputuję tą sukę – klepnął dłonią w udo.

Lekko dźwignął się na łokciach i czołgając się dotarł do łazienki. Prawą ręką otworzył szufladę w stojącej pod zlewem toaletce. Wyciągnął z niej listek Vicodinu. Rozgryzł dwie tabletki na raz. Gorzki smak zalał gardło. Leżał tak i czekał aż lekarstwo w pełni zacznie działać. Dopiero po około piętnastu minutach udało mu się w końcu stanąć na własnych nogach.

Przez dziesięć minut stał pod prysznicem. Na zmianę odkręcał gorącą i diabelnie zimną woda. Stara wojskowa szkoła na zminimalizowanie skutków nocnej hulanki.

Pospiesznie założył ciemne dżinsowe spodnie. Zapiął pod szyję brązową krótką skurzaną kurtkę. Z metalowego sejfu wyciągnął swojego Glocka. Delikatnie uwolnił z broni magazynek i sprawdził czy znajdują się w nim pociski. Zabrał jeszcze dwa dodatkowe magazynki. Schował pistolet do przypiętej kabury.

ProkuratorOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz