21.

24 2 5
                                        

- Mam! – krzyczy wreszcie Matt wstając gwałtownie z fotelu. – Ten człowiek jest taki spierdolony, że nawet nie zabezpieczył dobrze adresu IP. I on kieruje jakimikolwiek ludźmi? Są niedaleko lotniska w Portland.

- Kurwa, cały czas byli pod naszym nosem. – mówi Alex.

- Jeśli są niedaleko lotniska, to zgaduję, że będą niedługo chcieli stąd spierdolić. – odzywa się Lorenzo, po czym wyciąga szybko telefon. – Matt dasz radę wkraść się do bazy danych lotniska? Trzeba sprawdzić czy czeka na nich samolot.

Matt od razu przystępuje do roboty, podczas gdy ja walczę z chęcią, aby wsiąść do auta i pojechać do Portland. Tracimy za dużo czasu.

- Samolot zarejestrowany na nazwisko Visconti ma odlecieć w kierunku Włoch za dokładnie dwie godziny.

- Nie zdążymy. – mówi Harry, podczas gdy ja idę w kierunku auta.

- Będę tam za godzinę. – mówię wsiadając już do auta. Odpalam silnik, a w ostatnim momencie do samochodu wskakuje Alex. W lusterku zauważam jak reszta pakuje się do swoich aut.

- Przecież cię nie zostawimy stary.

Mimo, że uwielbiam szybką jazdę, nigdy nie narażałem na drodze swojego życia.

Doskonale wiem, że oprócz mnie, krzywda może stać się także komuś innemu.

Wiem, że brzmi to bardzo abstrakcyjnie, biorąc pod uwagę fakt, że krzywdzę i zabijam innych bez wahania, ale nigdy nie są to niewinni ludzie. Osoby, na których wydałem wyrok śmierci zawsze sobie na niego zasłużyły.

Oczywiście nie twierdzę, że jestem dobrym człowiekiem.

Wręcz przeciwnie. Jestem zły do szpiku kości. Niszczę wszystkie osoby, którymi się otaczam.

I było tak już od mojego poczęcia.

Do Portland dojechaliśmy w trochę ponad godzinę.

Nigdy w życiu w ciągu jednej trasy nie złamałem tylu przepisów drogowych.

Jedyne, co mnie obchodziło to jej bezpieczeństwo.

Wysiadam z auta od razu biorąc ze sobą najpotrzebniejszą broń. Kątem oka zauważam jak Alex wyciąga swoją maczetę, a Harry przeładowuje broń. Na szczęście Lorenzo powiadomił swoich ludzi, aby obserwowali miejsce, w którym obecnie przebywa Olivia.

- Wszyscy na pozycjach? – pyta wyższy czarnowłosy. Jego ludzie jedynie potakują głowami.

Nagle obok nas zajeżdża srebrny Range Rover.

Hailey.

Brunetka ubrana w czarny kombinezon wysiada z auta, a zaraz za nią Emily, Chris i Blake.

- Co tu robi Emily? – pyta zdziwiony i jednocześnie zdenerwowany Harry.

- Nasza przyjaciółka jest w potrzebie. Nie zostawię jej. – odpowiada blondynka.

- Idealnie, bo nam się przydasz. – obracam się w ich stronę. Trybiki w mojej głowie pracują szybciej niż zazwyczaj. – Widzisz tamtego typka przy bramie? – kiwam głową w kierunku niskiego mężczyzny, który uważnie obserwuje otoczenie. Jesteśmy na tyle daleko, że na pewno nas nie zauważył.

- Co mam robić?

- Udawaj zgubioną. Uśpisz jego czujność, a Hailey przez to, że jest mała i szybka zajdzie go od tyłu i po cichu unieszkodliwi. Nie możecie wejść do środka. Nie mogę was tak narażać.

Dziewczyny doskonale zdają sobie sprawę z niebezpieczeństwa całej akcji, dlatego posłusznie przytakują. Harry mówi jeszcze blondynce, aby na siebie uważała, po czym obie kierują się w kierunku bramy.

Pewnego razu w WatervillOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz