Rozdział 17

54 3 97
                                        

Pov: Hugh

Z prędkością lekko większą niż ta dozwolona jechałem w stronę domu, mając w głowie słowa przyjaciela. Wszystko miało już być dobrze. Homofobów nie miałem zobaczyć już nigdy więcej w życiu, więc nimi się nie przejmowałem. Przejmowałem się za to Ryanem - przecież ten cały ból nie wyparuje, prawda? Znałem go już kilkanaście ładnych lat i byłem pewny, że jeszcze przez długi czas będzie się nad tym ciągle zastanawiał.

W końcu dotarłem do mej posiadłości. Zaparkowałem i wysiadłem, nie mogąc się doczekać, aby w końcu zobaczyć Reynoldsa. Coś mi nie pasowało, ale nie wiedziałem co - ludzie po prostu sobie stali, jak zawsze. W końcu mogli, prawda? To nie tak, że mam całą Australię w swoim posiadaniu i nie mają prawa tu stać.

Dopiero kiedy już wkładałem klucz do zamka, uświadomiłem sobie, co jest nie tak. Wszyscy bez wyjątku wpatrywali się w niebo, jakby nagle puścili jakieś fajerwerki czy coś. Także więc tam spojrzałem i byłem pewny, że na chwilę serce stanęło mi w piersi, kiedy zobaczyłem, co jest obiektem zainteresowania.

- Ry? - szepnąłem, z niedowierzaniem wpatrując się w mężczyznę, który siedział na dachu i beztrosko machał nogami. - Ryan!

Spojrzał na mnie, ale z powodu odległości nie mogłem stwierdzić, czy było to spojrzenie bólu, czy może wściekłości.

- Hugh - odezwał się. Panowała taka cisza, że mogłem usłyszeć bicie swojego serca.

- Złaź stamtąd - powiedziałem spokojnie. Próbowałem sobie wmówić, że nie ma niczego głupiego w głowie, że chciał po prostu popatrzeć sobie na gwiazdy. W końcu niektórzy jeszcze nie widzieli go w Australii, prawda? Może po prostu byli zdziwieni jego widokiem?

- Podoba mi się tutaj - odparł.

Zamknąłem oczy.

- Proszę, nie rób niczego głupiego - szepnąłem, mimo że nie mógł tego usłyszeć.

- Chcę ci tylko powiedzieć - podjął, a jego ton w ogóle mi się nie podobał - że bardzo, ale to bardzo doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłeś. I najpewniej będę za tobą cholernie tęsknić, gdziekolwiek nie będę.

- Złaź - powtórzyłem.

Odrzucił głowę do tyłu i roześmiał się. Okej, czyli chyba jednak jest dobrze. Ludzie nie śmieją się tuż przed samobójstwem.

- Nie, Hugh. Już zdecydowałem.

- Zdecydowałeś o czym?

- O zakończeniu cierpienia.

Cisza.

- Ryan, nie będę się powtarzał.

- Ja również.

- Dlaczego w ogóle chcesz to zrobić, co? - warknąłem. - Już jest wszystko dobrze, nie musisz tego robić!

- Nie jest i nigdy nie będzie, Hugh. Wiesz o tym, ale nie chcesz tego przyznać. Nic nie będzie na tyle idealne, żeby każdy mógł być tym, kim chce i żył, jak chciał. Każdy ma swoje rozwiązanie. A to jest moje. I nie zatrzymuj mnie, proszę. Chcę tylko, żebyś wiedział, że bardzo cię kocham. I będę na ciebie czekał nawet milion lat tam na górze. Proszę, nie zapominaj o mnie. Przeżyj swoje i nie martw się niczym. Sprawiłem ci niepotrzebne problemy. Powinieneś był podtrzymać swoją decyzję. Nie zmieniać zdania. Teraz wszystko jebło i to jest coś, na co wpadłem ja. Tak musi się stać. Nie może. Musi. Nie mogę i nie chcę już żyć - rzekł i aż serce mi się ścisnęło na myśl, jak spokojnie brzmiał jego głos. Jak długo o tym musiał myśleć i być pewny tego, że chce umrzeć. Jak pewny był tego, że chce mnie zostawić.

Martwy basen i RosomakOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz