Pov: Ryan
Hej. Tu znowu ja. Leżałem sobie na łóżku, słuchając piosenek Hugha. Po tym napadzie uświadomiłem sobie, że tak naprawdę w każdej chwili może mnie jebnąć rakieta, meteoryt czy cokolwiek innego i pozbawić mnie życia, nie dając mi nawet szansy na pożegnanie się. Postanowiłem więc wykorzystywać ten czas najlepiej, jak umiem.
Oraz napisać listy pożegnalne, w razie gdybym zginął niespodziewanie.
Pożyczyłem na stałe kilka kartek oraz długopis od mojego kochanego przyjaciela, po czym zasiadłem przy biurku i rozpocząłem pisanie. Wszystko szło świetnie, miałem na wszystko pomysł, szło mi dobrze jak nigdy. Nie zastanawiałem się dłużej nad żadnym ze zdań, po prostu pisałem, sądząc, że wszystko powinno iść prosto z serca, a składnia i inne te dziwne rzeczy nie mają tu miejsca.
A potem przyszła kolej na Hugha.
Zatrzymałem się z długopisem nad papierem, nie wiedząc, od czego zacząć. Był dla mnie takim zajebistym przyjacielem, że po prostu nie potrafiłem wyrazić w słowach, ile dla mnie znaczył. Zawsze tu był, kiedy go potrzebowałem. Zawsze słuchał moich narzekań na najmniejsze gówno. Zawsze śmiał się z moich żartów. Zawsze mi pomagał. Zawsze był przy mnie, gdy działo się coś złego.
Teraz też jest.
W końcu napisałem tylko proste 'dziękuję', a cała powierzchnia kartki pozostała pusta. Złożyłem kartki, obiecując sobie, że potem je podpiszę. Potem rzuciłem się na łóżko, biorąc opakowanie ciastek, które miałem zajebać do siebie już wcześniej. Przez tę całą akcję niestety za bardzo się zdenerwowałem i dopiero teraz mogłem je spokojnie zjeść. Włączyłem też z powrotem muzykę, a na dźwięk głosu Jackmana uśmiechnąłem się, sam w sumie nie wiem dlaczego. Po prostu było w tym coś uspokajającego.
Po kilku minutach czy godzinach (straciłem poczucie czasu, i to bardzo) słuchania drzwi się otworzyły. Zastopowałem piosenkę, która teraz leciała - The other side, gdzie mogłem wyraźnie usłyszeć jego głos - i zdjąłem słuchawki. Spojrzałem na mężczyznę płci męskiej, który wszedł do pokoju.
- Miałbyś ochotę gdzieś pójść? - zapytał, opierając się o framugę. Jego wzrok padł na biurko, gdzie nadal leżały listy. - O, a co to?
- Nic takiego - zapewniłem, jednak on już je wziął i otworzył jeden z nich. Zmarszczył brwi, przesuwając wzrokiem po linijkach tekstu.
- Co to jest? Ryan, czy ty...
- To nie jest to, o czym myślisz, że jest. Wytłumaczę ci - obiecałem, wstając.
- To co? - skrzyżował ręce na piersi, ale wiedziałem, że nie jest zły. Martwił się. To tyle. Ale nie było czym.
- Po prostu tak sobie pomyślałem, że w przypadku jakiegoś wybuchu bomby atomowej czy coś mądrze będzie zostawić coś po sobie, żeby inni wiedzieli, ile dla mnie znaczą.
- Okej, po pierwsze to gdyby wybuchła bomba atomowa, to te listy spaliłyby się razem z tobą, a po drugie jestem nieco zaniepokojony, że pomyślałeś o tym akurat po odejściu Blake.
Zacisnąłem pięści na dźwięk jej imienia, ale nie robiłem mu wyrzutów. Sam zna granice.
- Uświadomiłem to sobie po tym napadzie - odparłem, spuszczając wzrok na podłogę. - Ja... Ludzie dużo dla mnie znaczą, Hugh. Nie mógłbym odejść bez pożegnania. Z matką, z fanami, z tobą.
- Napisałeś dla mnie list?
- Tak, ale wolałbym, żebyś go nie czytał.
Przez chwilę się wahał, a potem westchnął i pokiwał głową.
