Pov: Hugh
Położyłem czerwone kwiaty na kawałku marmuru, ocierając oczy.
Pierwszy rok bez Ryana.
Klęknąłem przed grobem, wpatrując się w nagrobek. Wyryte na nim litery, układające się w 'Ryan Rodney Reynolds', nadal były dla mnie abstrakcyjne, mimo tylu dni bez niego.
W ten dzień, rocznicę śmierci Kanadyjczyka, niebo było pochmurne, zgodne z moim nastrojem. Od kilku godzin wyglądało, jakby miała zaraz runąć ulewa, ale na razie tak się nie stało, więc założyłem, że jak posiedzę tu z pół godziny, to nic mi się nie stanie.
- Hey, Noldsy - szepnąłem. - Przepraszam, że nic nie mogłem zrobić.
Przełknąłem słone łzy, po czym mówiłem dalej.
- Jest cholernie ciężko bez ciebie, wiesz? Codziennie schodzę do kuchni i nie widzę tam ciebie, pokrytego mąką czy innym gównem. Nikt mi nie krzyczy do ucha, kiedy chcę mieć chwilę spokoju. Właściwie ciągle mam spokój. Jest dziwnie cicho. Nadal się do tego nie przyzwyczaiłem, wiesz? Chciałbym, żebyś wrócił. Chociaż na jeden dzień.
Urwałem, kiedy usłyszałem czyjeś buty szurające po kamienistej ścieżce. Zerknąłem w tamtą stronę i zobaczyłem małą dziewczynkę, na oko ośmioletnią. Niosła bukiet błękitnych kwiatów, które zasłaniały prawie całą jej twarz. Kiedy złapała moje spojrzenie, przygryzła wargę i skinęła głową.
- Niezapominajki - wyjaśniła cicho. - Spokój, wierność i nadzieja. Ktoś ją musi mieć.
- Ktoś musi - zgodziłem się z nią.
Wskazała na róże, które chwilę wcześniej umieściłem na grobie.
- Musiał pan go bardzo kochać.
Zamrugałem, powstrzymując łzy. To dziecko zdawało się dużo wiedzieć. I było mądre.
- Nadal kocham.
Pokiwała głową i udała się do miejsca pochówku niedaleko. Ten cmentarz był mały, mimo położenia w takim dużym mieście jak Vancouver. Rodzinie Ryana zależało jednak na dyskrecji i spokoju.
- Hej, tato - powiedziała cicho dziewczynka, a ja złapałem się na tym, że wpatruję się w nią jak głupi, zamiast zająć się swoimi sprawami.
Powróciłem wzrokiem do nagrobka, jednak wciąż słyszałem jej głos.
- Wiesz, że to już osiem lat? Dzisiaj są moje urodziny. Osiem lat, od kiedy umarłeś. Chciałabym cię kiedyś zobaczyć. Mama mówiła, że byłeś fantastyczny. Że byłeś pilotem, najlepszym w Kanadzie. Chciałabym się kiedyś przelecieć samolotem, ale mama mi nie pozwala. Myślisz, że się boi? Nikogo więcej nie ma. Tylko mnie i Pete.
Słuchałem jej i słuchałem, nie mogąc się zebrać, aby po prostu wstać i opuścić cmentarz. Coś mnie tu zatrzymywało i nie wiedziałem, czy to zwykła ciekawość, czy może coś więcej.
- Kocham cię, tato - usłyszałem w końcu i zdałem sobie sprawę, że pewnie wiedziała, iż po prostu podsłuchiwałem cały jej monolog. - Spotkamy się kiedyś.
Wstała i wyszła przez furtkę, kierując się w stronę ulicy, przy której leżał szereg domków. Było to tuż przy lesie.
Siedziałem tam dłuższą chwilę, po czym w końcu podniosłem się i ostatni raz rzuciłem okiem na inskrypcję na nagrobku.
Żył dla wszystkich.
Opuściłem święte miejsce, kierując się do samochodu. To dziecko coś we mnie wywołało i nie wiedziałem, co to jest. Może nadzieja? Ale po co mi ona, skoro na nic jej nie mogę wykorzystać?
~~
heej
wiem ze krotki ale juz tak jakos wyszlo, mialo to wygladac wgl zupelnie inaczej ale noxD
ciagle mam nadzieje ze mn n zjecie!!
juz niedlugo koniec:3
