Rozdział 5

114 11 85
                                        

Pov: Ryan

Drogi pamiętniczku, uwielbiam Hugha.

Po pobycie w kawiarni poszliśmy do ubraniarni (tego sklepu, gdzie są ubrania), jak normalni ludzie. Oczywiście nie obyło się bez autografów, fotek i pytania o to, czemu przeklinam tak much, ale względnie było wszystko świetnie.

- Ten z pewnością będzie świetnie na tobie wyglądać - oznajmiłem mojemu przyjacielowi, rzucając mu ósmą marynarkę.

- Dlaczego akurat ja mam to wszystko przymierzać? - jęknął, poprawiając ubrania na ręce. - Ty też coś sobie weź, skoro tak uwielbiasz się odpierdalać.

- Dzisiaj jest twój dzień - odparłem. Z pewnością ucieszył się na tę informację. - Poza tym, drogi króliczku, ja będę brać ubrania od ciebie. Więc zapierdalaj do przymierzalni i nie kłóć się ze mną.

Mruknął coś jeszcze, po czym zgodnie z moim poleceniem poszedł w kierunku przymierzalni. Miły chłopak. Lubię starszych.

Akurat znalazłem świetne spodnie pasujące do jednej z marynarek, które znalazłem Hughowi, kiedy zza stojaków wyłonił się bohater dnia.

- Opowiadaj, które tak, które nie, a które mam w ogóle zgłosić, że po chuja oni to wieszają - zleciłem mu zadanie, nie przerywając przeglądania ubrań.

- Wszystkie są w miarę okej, tylko ta biała chujowa - oznajmił, krzywiąc się nieco. - Strasznie mnie pogrubia.

- Po pierwsze, nie zachowuj się jak baba, a po drugie to wszyscy już widzieli twoje ciało i wiedzą, że masz je lepsze niż wielu modeli, więc nie pierdol mi tu.

Odebrałem od niego przeklętą białą marynarkę, po czym odwiesiłem ją na jeden z wieszaków. Wziąłem od Hugha pozostałe elementy ubioru, w zamian wręczając mu dwie pary spodni.

- Tylko tyle udało mi się znaleźć, bo spodnie są tu strasznie chujowe, leć przymierz, a ja poczekam.

Westchnął głęboko i pokiwał głową. Wrócił do swojego ulubionego miejsca, a ja oparłem się o jakiś regał i spojrzałem w sufit. Niestety nie jebnę wam teraz jakiegoś monologu czy mowy podnoszącej na duchu, bo zwyczajnie tak nie umiem, ale powiem wam, że ten sufit miał ładny kolor. Delikatny odcień szarości.

Po kilku minutach Jackman wyszedł z przymierzalni, wyglądając na zmaltretowanego. Przykro mi było, widząc go w takim stanie. Ciekawe, kto go tak urządził.

- Zapłacimy i idziemy - obiecałem. - Okej, czyli siedem marynarek i dwie pary spodni, tak?

- W sumie to jeszcze tę wywalę. - wziął jeden z elementów ubrania codziennego i poszedł, aby odłożyć przedmiot na miejsce, po czym oczywiście wrócił.

Nie czekaliśmy zbyt długo, aby wydać duże pieniądze na dużo rzeczy. Uśmiechnąłem się do kasjerki, zrobiłem sobie z nią fotkę, Hugh zresztą też, po czym zapłaciłem za jakże idealne zakupy i wyszliśmy ze sklepu.

- Cieszę się, że nie marudziłeś jak wtedy, kiedy wyszliśmy na pizzę, a ja ci tłumaczyłem przez pół godziny, dlaczego hawajska to zło - stwierdziłem.

- Wiesz, przyzwyczaiłem się.

Przez chwilę szliśmy w ciszy, po czym z dupy rzuciłem:

- Kapitan Ameryka to najlepszy z Avengersów i to fakt, nie opinia.

- Też mi się podoba - przyznał. - W sensie że nie podoba podoba, tylko... no, fajny aktor.

- Fajną ma tarczę.

- I włosy.

- ROSOMAK? - przed nami jak z ziemi wyrosła jakaś dziewczynka, a ja zatrzymałem się w pół kroku. Gdybym miał ze sobą okulary, zdjąłbym je i przetarł, żeby zobaczyć, czy nie śnię. Jednak nie zrobiłem ani jednego, ani drugiego, a dziecko okazało się prawdziwe.

Martwy basen i RosomakOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz