Wysiadłam z metra i biegłam w kierunku ruchomych schodów. Jeszcze kilka minut a będę spóźniona do pracy. Dalej wspinanam się ku szczytowi, więc wolę nie ryzykować. Po zaledwie pięciu minutach przekroczyłam próg budynku. Nacisnęłam guzik w windzie i ruszyłam na wybrane piętro. Zdjęłam płaszcz i po wejściu do mojego biura zawiesiłam go na wieszaku. Usiadłam przy biurku i otworzyłam laptopa. Po chwili do pomieszczenia weszła Camille, moja asystentka.
- Wywiad u Ellen o 6pm. Gleen goni Cię z nowym artykułem, Vogue uparcie pragnie sesji a szef... szef ma do Ciebie pilną sprawę. - Powiedziała podchodząc do mojego biurka. Położyła na blacie stos papierów i się uśmiechnęła. Odwzajemniłam uśmiech i westchnęłam.
- Potwierdź, że będę. Sesje przemyślę a do Gleen i szefa wybiorę się osobiście.
Po wyjściu Camille zajęłam się przeglądaniem materiału który mi przyniosła. Były to pomysły na artykul i harmonogramy spotkań. Zanotowałam wszystko w kalendarzu i wstałam ruszając w kierunku drzwi. Po dojściu pod gabinet szefa zapukałam cicho do drzwi po czym weszłam do środka. Podeszłam do biurka przy którym siedział czterdziestoletni mężczyzna.
- Danielle, perełko, usiądź. - Powiedział sympatycznym głosem a ja zajęłam miejsce naprzeciwko niego. - Wiesz, że pokładam w Tobie ogromną nadzieję oraz, że jesteś najbardziej ambitną pracownicą, tak? - Spytał patrząc na mnie tym wzrokiem. Szykują się dobre pieniądze. Przytaknęłam.
- Czym mam się zająć? - Spytałam delikatnie się uśmiechając.
- W związku z nadchodzącym Grammy chciałbym żebyś przyszykowała kilka artykułów na temat nominowanych gwiazd.
- Zajmę się tym. - Powiedziałam wiedząc, że biorę na siebie jedno z cięższych zadań.
- Dobrze, wyśle Ci na meil więcej szczegółów. A teraz zmykaj, zaraz mam ważną rozmowę.
Pożegnałam się i wstałam od biurka, po czym szybko opuściłam pomieszczenie. Udałam się do siebie i zajęłam się papierkową robotą. Gdy wyrwałam się z wiru pracy, była już godzina 4.30. Wyszłam z pomieszczenia zamykając go na klucz. W windzie dostałam telefon.
- Danielle D. Howard, słucham? - Powiedziałam do słuchawki wciskając guzik.
- Cześć kochanie. - Usłyszałam głos Jess. - Za dwa dni odbędzie się pogrzeb. Pan Miller zmarł na zawał, czy mogę liczyć na Twoją obecność? Dzwonię do całej naszej klasy. - Westchnęłam głośno i poczułam ukłucie w sercu. To był mój ulubiony nauczyciel.
- Jasne, Jess. Będę. Zadzwonię do Ciebie później, ponieważ nie mam za dużo czasu. - Powiedziałam rozłączając się. Schowałam komórkę do torebki i wyszłam z budynku.
* Dzień pogrzebu *
Wysiadłam z samolotu i rozejrzałam się po lotnisku. Do moich uszu nagle dobiegł słodki, piskliwy głosik.
- Dani! - Usłyszałam i zobaczyłam biegnąca w moją stronę malutką dziewczynkę. Uśmiechnęłam się i gdy już była blisko, kucnęłam biorąc ją na ręce.
- Katie ale Ty urosłaś. - Powiedziałam pełna zdumienia i zaczęłam rozglądać się za resztą rodziny. W tłumie zobaczyłam wujka i ciocię, więc udałam się w ich kierunku.
Po odebraniu bagaży pojechaliśmy prosto do domu. Wiele się tu zmieniło, ale środku budynku wciąż panowało to znajome ciepło. Zanioslam bagaże do swojego pokoju i poszłam pod prysznic.
Założyłam czarne rurki oraz koszulę w tym samym kolorze. Zrobiłam makijaż, który przez te pięć lat udoskonaliłam i teraz był on mocniejszy i bardziej profesjonalny. Wyprostowalam swoje długie, czarne włosy i zeszłam na dół. Zjadłam jabłko i założyłam na stopy czarne buty na 12 centymetrowym obcasie. Wyszłam z domu i ruszyłam w kierunku kościoła. Gdy doszłam na miejsce zobaczyłam strasznie dużo osób. Większość z nich znałam, ale byli też tacy, których widziałam pierwszy raz na oczy. W tłumie zobaczyłam znajomą twarz więc podeszłam. Jessica stała z Megan, Chaz'em i jeszcze jakimś chłopakiem, którego nie mogłam zidentyfikować, ponieważ stał tyłem.
Zgrabnie podeszłam do przyjaciółki i zakryłam jej oczy dłonią. Dziewczyna podskoczyła i pisnęła odwracając się w moją stronę.
- Dani! - Krzyknęła używając mojego imienia. Wszystkie twarze skierowały się na nas. Teraz zauważyłam, że tą czwartą osobą w tej grupie był... nie kto inny jak Justin Bieber.
- Dani? Nie przypominam sobie, żebyśmy mieli taką ślicznotkę w klasie. - Powiedział Chaz uśmiechając się do mnie. Zaśmiałam się i stanęłam obok przyjaciółki.
- Przecież to Dhalia. - Zaśmiała się Jess a oczy Justina się powiększyły.
- Ale mów mi Danielle. - Zwróciłam się do Chaza. - Nie używam już starego imienia. Mam z nim nieprzyjemne wspomnienia. - Mruknęłam kątem oka patrząc na Justina.
Chwilę później zabrzmiał dzwon, który oznajmił, że pogrzeb się zaczął. Jako osoba która nie przepada za takimi miejscami, usiadłam na ławce za kościołem.
- Dhalia. - Usłyszałam za sobą męski głos więc odwróciłam się w jego kierunku.
- Justin. - Mruknęłam udając niezadowolenie, chociaż moje serce biło w tym momencie jak oszalałe. - Mam na imię Danielle. - Powiedziałam z epickim spokojem patrząc się przed siebie.
Chłopak usiadł obok mnie i ciężko westchnął. Widać było po nim, że jest zmęczony ciągłą pracą nad nowym albumem.
- Chciałem Cię przeprosić. - Wydusił wreszcie te słowa.
- Za co? - Spytałam patrząc na niego z delikatnym rozbawieniem.
- Za bycie takim dupkiem. Wybrałem karierę, mam nadzieję, że kiedyś mi to wybaczysz.
- W porządku. - Powiedziałam że sztucznym uśmiechem, mimo, że wcale w porządku nie było.
- Wybaczysz mi to kiedyś? Mogę liczyć na odnowienie kontaktów?
- Żartujesz sobie chyba, Justin. Spieprzyłeś. - Powiedziałam wstając z ławeczki. - Wybrałeś karierę, ok. Ale teraz ja chcę tylko i wyłącznie swojej kariery. Teraz jest moje pięć minut. - Powiedziałam odchodząc od chłopaka.
Mamy pierwszy rozdział.
Rozdziały w tej książce będą dłuższe niż w poprzedniej.
CZYTASZ
Sober
FanfictionDruga część książki "White Bird". Przenosimy się o pięć lat do przodu, gdy bohaterowie mają już po prawie 23lata. Justin jest już sławnym na całym świecie piosenkarzem a Dhalia-Danielle wspina się po szczytach swojej wymarzonej kariery.
