Rozdział 21

67 7 1
                                    

Zaczęłam powoli otwierać oczy. Podniosłam się z łóżka (tak na marginesie strasznie nie wygodnego) i usiadłam po turecku na nim. Przetarłam twarz dłonią. Gdy odsuwałam rękę zauważyłam, że była cała pokryta zeschniętą krwią. Skrzywiłam się na ten widok i zaczęłam sobie przypominać wydarzenia z ostatniej nocy. Po chwili wszystko wróciło. Pamiętam jak straciłam przytomność w lesie, więc...

- Gdzie ja jestem? - szepnęłam. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Siedziałam właśnie na wielkim granatowym łóżku, takim samym jakie mam ja w swojej sypialni. Pokój nie wiele się różnił od mojego. Jedyną różnicą była kolorystyka. U mnie przeważała biel i fiolet, a tutaj granat i czerń. Nagle mój wzrok przykuł ruch na fotelu pod oknem. Zaciekawiona postawiłam stopy na ziemi. Rany, które tak niedawno je szpeciły, zniknęły. Zapewne kilku uroczych elfów mi pomogło. Powolutku podnosiłam się z łóżka, aby nie wydać żadnego dźwięku. Kiedy stałam już na nogach, zaczęłam podchodzić na palcach do fotelu. Ktoś na nim spał. Pod tytułem...

- William! - krzyknęłam. Podniósł się od razu do pozycji siedzącej i rozejrzał dookoła, gdy zobaczył moją rozbawioną minę posłał mi zirytowane spojrzenie. Zabawne. Jego twarz umie wyrażać w ciągu kilku sekund trzy sprzeczne emocje. Strach, zdezorientowanie i zirytowanie. A czasami ta buźka przybiera jedynie maskę. Wtedy jego twarz wygląda jakby była zrobiona z wosku - bez emocji.

- Pali się? Powódź nadchodzi? - zapytał spokojnie, na co uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, a on pokręcił głową, co miało znaczyć "dla tego człowieka nie ma już nadziei". Widząc, że William rozwalił się na fotelu, nie zostawiając ani kawałka wolnego miejsca , przysiadłam na ziemi.

- Czyj to pokój? - zapytałam.

- Mój.

- Dlaczego jestem tu, a nie u siebie?

William wzruszył na to tylko ramionami i zamknął ponownie oczy. Wstałam i ustałam przy nim.

- William? - dźgnęłam go w policzek.

- Hmmm... - mruknął.

- Co ty robisz?

- O trzeciej w nocy? Biegam po lesie i szukam szczęścia - padła odpowiedź.

- Musimy wstać i powiedzieć, co...

- Clover, kiedy ty spałaś my wszystko obgadaliśmy.

- Jak to wszystko obgadaliśmy, kiedy ja spałam?!

- Uspokój się. Zostałaś dźgnięta nożem. Prawie wykrwawiłaś się na śmierć. Plus jeszcze jesteśmy w mieście wampirów. Byłaś wykończona, kiedy cię tu przynieśliśmy. Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby cię budzić. - westchnął - Musiałaś wypocząć, ja też muszę to teraz zrobić. Jutro Ci wszystko opowiem. Zgoda?

- Zgoda - mruknęłam.

- Dobranoc - powiedział niewyraźnie i zagrzebał się w kocu na fotelu. Ja wstałam zaś z ziemi, zaciskając usta w wąską linię i rozejrzałam się wokół, zastanawiając się co ze sobą zrobić. Nagle mnie oświeciło. Trzeba z kimś pogadać.

- Cześć, Joe! - krzyknęłam w zarośla, widząc ogon lisa wystający z krzaków. Następnie ukazał mi się w całości.

- Ach, to ty człowiek. - westchnął znudzony i ponownie wskoczył w krzaki.

- Też się cieszę, że cię widzę. - burknęłam.

- Słyszałem od wiewiórek o wczorajszych atrakcjach. Dobrze, że nic Ci nie jest. Zapewne przyszłaś o tym pogadać?

- Tak.

- Chętnie Cię wysłucham, dawaj.

- Wszystko to mi się przyśniło, dlatego... - nie dokończyłam, bo Joe jak Struś Pędziwiatr wybiegł z zarośli i ustał przede mną z wytrzeszczonymi patrzałkami.

Czas ProroctwaOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz