Donghyuck usiadł na ławce ciężko dysząc. Grali już dobre trzydzieści minut, a mu nie udało się zdobyć żadnego kosza. Był spocony i poirytowany. Mark zostawił pomarańczową piłkę na boisku i podszedł do niego podając mu wodę. Jeszcze bardziej wkurzające było, że Mark wyglądał dobrze w sportowym stroju, a jego czarne, lśniące od potu włosy były w jakiś sposób pociągające. Donghyuck wziął oferowaną butelkę i odchylił głowę, wypijając prawie połowę na raz.
- Dlaczego nie powiedziałeś, że nie umiesz grać w kosza? - Zapytał Mark z nieznośnym uśmiechem. Donghycuk prychnął zakręcając butelkę i rzucił mu mało przychylne spojrzenie.
- Stary, jesteś beznadziejny. - Nie dawał za wygraną.
- Zamknij się. - Burknął odwracając od niego wzrok. - Muszę już iść. - Powiedział wstając.
- Czekaj. - Mark zatrzymał go łapiąc za nadgarstek. - Nie mówiłeś, że wrócisz ostatnim autobusem?
- Tak, ale już znudziło mi się twoje towarzystwo. - Powiedział dumnie unosząc głowę. Było to kłamstwo. Mimo tego, że Donghyuck nienawidził przegrywać, to widok Marka był całkiem przyjemny. Jego ciało okazało się silne i ładnie wyrzeźbione, a na boisku tracił swoją pokraczność, która ciągnęła się zanim na co dzień. To jeszcze bardziej zaintrygowało chłopaka. Zazwyczaj trafnie odczytywał ludzi, a Mark stanowił swoistą zagadkę.Nikt w ednej chwili z nudnego nerda nie zmienia się w sportowca.
- Zagrajmy jeszcze raz. - Poprosił, ciągnął go na boisko. - Tym razem ja będę stał tutaj, a ty będziesz próbował mnie wyminąć i zdobyć kosza. - Puścił chłopaka i staną kilka kroków przed koszem. Donghyuck chwycił piłkę i ocenił sytuację. Zadanie wydawało się proste, może przynajmniej teraz będzie mógł odrobić swoje stracone dobre imię. Zaczął kozłować i przebiegł koło Marka, ale kiedy był za nim zorientował się, że nie ma piłki. Obrócił się w jego stronę i zobaczył swoją zgubę w jego dłoniach. Mark rzucił mu piłkę i Donghyuck spróbował jeszcze raz. I tym razem sytuacja również się powtórzyła. Chłopak był już mocno wkurzony.
- Zamiana! - Warknął ciskając piłką o ziemię. Mark z anielskim uśmiechem wziął piłkę i przygotował się do minięcia Donghyucka. Czerwonowłosy chłopak skupił się w całości na piłce, ale Mark poruszał się zbyt szybko, mrugnięcie oka, a piłka już wylądowała w obręczy.
- Jeszcze raz. - Wysyczał przez zęby. Mark wzruszył ramionami i pobiegł po piłkę. Donghyuck rozstawił szeroko nogi i ugiął kolana, gotowy żeby przejąć piłkę. Mark jednak przy samym Donghyucku obrócił się tyłem, chroniąc piłkę własnym ciałem. Dziecko Ognia miało już tego dość, przytrzymał chłopaka za koszulkę, momentalnie go zatrzymując.
- To był faul. - Powiedział Mark, kiedy piłka potoczyła się po betonie boiska.
- To jest punkt dla mnie. - Powiedział z dumnym uśmiechem.
- Nie możesz tak robić. - Pokręcił głową i znów ustawił się w piłką przed Donghyuckiem. Tym razem kiedy tylko odbił piłkę od ziemi Dziecko Ognia ruszyło w jego kierunku i zatrzymało go oplatając ramiona dookoła jego klatki piersiowej. Donghyuck otworzył oczy, kiedy usłyszał , że piłka wypadła z rąk Marka i potoczyła się po boisku. Uniósł spojrzenie i zdziwiony stwierdził, że Mark patrzy na niego z góry, a w oczach ma coś, czego Donghyuck nie mógł nazwać. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że przytula się do Marka. Już miał go puścić, ale wtedy Mark zrobił coś nieoczekiwanego. Wyciągnął dłoń i odgarnął czerwone kosmyki przyklejone do zroszonego potem czoła Donghyucka.
- Dwa punkty dla mnie. - Powiedział odsuwając się lekko zakłopotany, to nie zdarzało się często, żeby Lee Donghyuck tracił pewność siebie. Mark uśmiechnął się i poszedł po piłkę. Stanął kilka kroków od Donghyucka z cwanym uśmiechem na twarzy. Tym razem czerwonowłosy obiecał sobie, że zrobi to porządnie. Wyciągnął ręce w gotowości. Mark ruszył powoli do przodu, prawie się przechadzając, co zbiło przeciwnika z tropu.
CZYTASZ
The Elements
Fantasy(Markhyuck, Nomin)Historia szkolnej miłości, okraszonej odrobiną magii, która ginie w realnych problemach dnia codziennego. Na świecie istnieją cztery krainy w których mieszkają Dzieci: Morza, Nieba, Lasu oraz te, które przeprowadziły się do Miasta...
