(Markhyuck, Nomin)Historia szkolnej miłości, okraszonej odrobiną magii, która ginie w realnych problemach dnia codziennego.
Na świecie istnieją cztery krainy w których mieszkają Dzieci: Morza, Nieba, Lasu oraz te, które przeprowadziły się do Miasta...
Autobus jechał jak zwykle, z tą różnicą że obok Donghyucka nie było Jaemina, tylko uroczy chłopak o porcelanowej buzi i lawendowych włosach. Usta Chenle się nie zamykały. Przez całą drogę mówił coś albo do Marka siedzącego na siedzeniu obok z torbą Donghyucka albo do niego. Kiedy zatrzymali się na leśnym przystanku Dziecko Ognia wyciągnęło telefon, żeby sprawdzić czy nie ma wiadomości od Jaemina. Cieszył się, że jego przyjaciel poszedł na zajęcia taneczne. Ich matki również powinny się cieszyć. Od dziecka podkreślały im, że nie są jednym organizmem, że są różnymi osobami i każdy z nich może lubić coś innego, mieć innych znajomych, być w czymś lepszym albo gorszym, a to nie zmieni ich przyjaźni. Było to trudne do zrozumienia dla małych chłopców, mieli siebie na wzajem i nie potrzebowali niczego, ani nikogo innego, jeśli ktoś miał coś przeciwko jednemu to był wrogiem obojga.
- Już nie ma odwrotu. - Wyrwał go z zamyślenia głos Marka. Autobus właśnie odjeżdżał z leśnego przystanku.
- Panie kierowco, zapomniałem wysiąść. - Powiedział wstając, ale Chenel pociągnął go za rękaw z powrotem na siedzenie. Mark zgromił go spojrzeniem za ten niepoważny żart, a on błysnął zębami w uśmiechu.
- To chyba nazywa się porwanie. - Powiedział uwalniając się od ręki Chenele.
- Daj spokój, jesteś Dzieckiem Ognia i weźmiesz udział w święcie światła. Ja wszystko będą mógł oglądać zza okna. - Mruknął obniżając się na siedzeniu.
- Myślałem, że w tym roku cię puszczą. - Powiedział Mark.
- Stwierdzili, że zrobimy sobie świetną zabawę w domu i nie ma potrzeby, żeby wychodzić na zewnątrz. Zabij mnie Donghyuck, albo umrę z nudów... - Dramatycznie potrząsnął ramieniem chłopaka.
- Myślałem, że Dzieci Nieba lubią towarzystwo innych ludzi. - Przekrzywił głowę, patrząc pytająco na Marka.
- Jesteśmy otwarci. - Poprawił go. - Nie każdy lubi głośną muzykę i tłum obcych ludzi.
- Mój tata jest stylistą, a papa bibliotekarzem. Mówią, że na co dzień spotykają tylu ludzi, że od święta wolą być ze mną w domu. - Powiedział krzywiąc się.
- Kochają cię i chcą spędzać z tobą więcej czasu, to nic złego. - Mark uśmiechnął się łagodnie.
- Rzygać mi się chcę, kiedy zaczynają tańczyć w salonie. - Wywrócił oczami. - A jak jest u ciebie Donghycuk?
- Mnie też wszyscy kochają. To takie uciążliwe. - Westchnął przykładając dłoń do czoła. Mark zaśmiał się cicho, a Chenle pokiwał głową jakby się z nim zgadzał. Po jakimś czasie krajobraz zaczął się zmieniać, drzewa robiły rzadsze, było coraz więcej pól i wiatraków. W końcu autobus się zatrzymał. Mark wziął torbę chłopaka i wyszli z autobusu razem z innymi uczniami. Kiedy tylko znaleźli się na zewnątrz Donghyuck zadarł głowę wysoko w górę. Wysiedli tuż przed trzema ogromnymi słupami, które wznosiły się do góry i ginęły w chmurach.
- Wow. - Wyrwało mu się.
- Pierwszy raz z Wiosce Dzieci Nieba? - Zapytał Mark stając koło niego. Donghyuck pokiwał tylko głową, patrząc jak dzieciaki podchodzą do jednego z trzech słupów i znikają w małych drzwiczkach.
Ups! Ten obraz nie jest zgodny z naszymi wytycznymi. Aby kontynuować, spróbuj go usunąć lub użyć innego.