-Dlaczego mówisz to z takim spokojem?-wyszeptałem z bólem.
-Poznałem twoją matkę. Nawiedziła mnie jakieś pół roku temu...-posmutniał.-Już niestety jako zjawa z piekła Morel. Powiedziała, że rozmawiała z tobą...-wtrąciłem się mu.
-Ja rozmawiałem z nią miesiąc temu.-ten spojrzał na mnie z kpiną.
-Nie zauważyłeś, że dni i Morel nie są jakieś równe co?-zapytał retorycznie.-Nie było cię pół roku. Po tym, jak zniknąłeś, Morel się ujawnił i zaczął podbijać domy Naznaczonych. Twoja matka znalazła sposób, jednak zanim zdołała zebrać armię, ty go unicestwiłeś i najwyższy dom Naznaczonych ocalał. Prosiła, by pomógł ci i przygotowanie cię do odejścia.-słuchałem go w osłupieniu.
-Żartujesz?-wstałem gwałtownie.
-Kochanie chciałbym.-również wstał i pogładził mnie po policzku.-Jednak mówię prawdę. Gdy zapominasz, jak się nazywasz to, zakończysz też ze swoim życiem i zmienisz się w Dziecko Szatana czy innego dziwoląga.-zaszlochałem, nie mogąc tego dłużej słuchać.
-Musisz to mówić do tego tak bezpośrednio?-spojrzałem na niego smutno.
-Wolałbyś, bym trzymał cię w napięciu?-opadłem na kanapę i schowałem twarz w dłonie. On usiadł obok mnie i pogodził po ramieniu. Ten gest trochę mi pomógł, jednak, gdy wstał, znów poczułem, że sobie nie poradzę.
-Mam dal ciebie jeszcze jedną informację.-spojrzałem na niego z dołu.
-Pomoże mi ona jakoś?-westchnąłem, czując, jak emocje ze mnie ulatują, poddają się nicości.
-Twój brat żyje.-zaprzeczyłem ruchem głowy, nie mogąc uwierzyć.
-To za dużo.-wybiegłem z budynku, chciałem uciec od tego wszystkiego. Czułem, jak to znów nade mną panuje. Znów częścią mnie panował demon. Stałem się jednym z niewielu przypadków, tak jak mówił Ethan.
Znalazłem się w hangarze. Nie pamiętałem tego miejsca. Widziałem tarczę i noże gotowe by je wziąć i rzucić do celu. Podszedłem do nich i obróciłem jednym w dłoni. Zamachnąłem się i bez patrzenia trafiłem w sam środek. Zobaczyłem urywki z gazet przyklejone do ścian. Zacząłem je czytać, niektóre były brudne. Brudne we krwi. Jeden artykuł mówił o tym, że cyrkowiec, który został wyrzucony, popełnił samobójstwo w tym hangarze.
Nagły ból klatki piersiowej sprawił, że zgiąłem się w pół. Wtedy przede mną stanął czarny stwór o oczach pustych i bez życia, twarzy tak szczupłej, jak by sama czarna maziowata skóra wisiała na szkielecie.
W mojej głowie odtworzyło się wspomnienie.
Jako dziewięcio latek, chodziłem już do tego hangaru. Zawsze nikogo tam nie było. Tym razem drzwi były otwarte. Niepewnie wszedłem do środka. Zobaczyłem ciało przy tarczy. Podcięte gardło w kałuży krwi. Nie przestraszyłem się. Strach mnie tak sparaliżował, że nie czułem nic. Jak w transie zaciągnąłem ciało do lasu i zostawiłem tam przykryte liśćmi, krew zmyłem.
To wydarzenie porzuciłem w niepamięć, udając, że nigdy nie istniało.
-Nazywam się Zurtur. Należę do ciebie, jeśli ty umrzesz. Umrę i ja.-mówił moim głosem.
-Nie jestem silny, nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymam.-wyszeptałem, dysząc.
-Tylko ja potrafię utrzymać twoje ciało przy życiu!-wrzasnął, a ja usłyszałem dźwięczenie w uszach.
-Nie dam już rady.-zacisnąłem, dłonie w pieści. Wtedy ten stwór nachylił się do mnie i ujął moją twarz w swoje szorstkie dłonie, uchyliłem usta. Poczułem, jak we mnie wnika.
-Jeśli umrę, pociągnę cię do grobu wraz z twoim zimnym truchłem. Ty nie umrzesz, gdy ja będę przy życiu.-szept w mojej głowie obił się echem.
Odzyskałem równy oddech i rozluźniłem mięśnie.
-Dlaczego to zrobiłeś?-zapytałem, powoli wstając.
-Twoje ciało daje mi siłę.-pojawił się przede mną. Mojego wzrostu, zamiast twarzy była zwykła pozbawiona życia czaszka, jego ciało było suche i zgarbione, w rękach trzymał stertę kartek.
-Co tam masz?-zapytałem, niepewnie mierząc go wzrokiem.
-Twoje wspomnienia.-nie pewnie wyciągnąłem dłoń. On wręczył mi jedną z kartek.
Wyjazd nad jezioro z rodzicami....
Ostatni dzień lata, jedyny dzień, w którym nie było kłótni i sporów. {...]
Ostatni dzień życia mojej matki...
Przeczytałem na głos.
-Strzegę ich, byś nie zapomniał.-w jego pozbawionej wyrazu czaszce widziałem współczucie.-Potrzebujemy się nawzajem. Bez ciebie znów będę duchem snącym się po mieście i szukającym pomocy, między ludźmi, którzy mnie nie widzą.-oddałem mu kartkę.
-Nie chcę cię. Ranisz mnie...-urwałem. Machnąłem dłonią i ruszyłem w kierunku drzwi.
-Jeśli ja umrę, ty nie przetrwasz.-zacisnąłem w dłoni wcześniej zabrany ze stolika nóż i się zamachnąłem. Przeniknął przez niego, wbijając się w drewniana belkę. -Te próby są na marne.-prychnąłem i wyszedłem z hangaru.
-Zabierz mnie do domu.-spojrzałem na niego przez ramię.-Teraz!-dodałem głośniej, a on skinął głową.
Pojawiłem się, przed domem Naznaczonych. Zapukałem od drzwi, a po chwili rzuciła mi się na szyję Samanta.
-Ethan mówił, że uciekłeś. Martwił się o ciebie. Tak jak i my wszyscy.-wpuściła mnie do środka.
-Alex!-Ethan podszedł do mnie i przytulił mnie przyjaźnie.-Dobrze się czujesz?-zmierzył mnie wzrokiem.
-Tak. Możesz dokończyć to, co u ciebie w mieszkaniu?-potarłem dłońmi o spodnie, czując, jak robią mi się mokre z nerwów.
-Może niech on sam ci się przedstawi.-Zmienny przesunął się, a za nim stał chłopak.
-Ty...-szepnąłem.
Hej witajcie!
Dajcie znać w komentarzu jak wam się ten rozdział podobał!
Kłaniam się w pas i dziękuję za uwagę
CZYTASZ
Immunda
Teen Fiction-Alexander Qerech, tak się nazywam, jednak nie wiem, jak nazywa się osoba, którą widuję każdego dnia w lustrze...- Nikt nie jest gotowy na śmierć bliskich, a on musiał stawić temu czoło. Temu i ogromowi nowych nieznanych mu rzeczy. Jak sobie poradzi...
