Lance nerwowo chodził po pokoju. To jedno głupie słowo nie dawało mu normalnie funkcjonować.
Po cholerę złaził tam za Keithem? Mógł spokojnie zostać w ośrodku i badać teren czy coś.
Głupia ciekawość.
Latynos westchnął.
- Nadal o tym myślisz? - usłyszał nagle głos Hunka. Wyszedł właśnie z łazienki, wycierając mokre włosy ręcznikiem. - Daj już spokój.
- Łatwo mówić.
- Wiem, ale tak chyba będzie najlepiej. Zamiast myśleć o tych gościach, pomyśl o ognisku w piątek.
- Jest jakieś ognisko w piątek?
Hunk energicznie pokiwał głową.
- Wiesz ile tam będzie pysznego żarełka? I będzie można zrobić coś samemu!
- To brzmi... nawet fajnie.
- Nawet bardzo! Podobno będą jakieś konkursy. I zamierzam je wygrać!
Latynos uśmiechnął się.
Optymizm przyjaciela chwilowo na niego zadziałał.
- Nie bądź taki pewien, chyba też się skuszę na uczestnictwo.
- Nie bądź śmieszny, nie masz ze mną szans. Lepiej zacznij już obmyślać przepis.
- Zacznę. I wtedy zobaczymy kto wygra.
- Powodzenia. Najlepsze pomysły przychodzą mi przed snem.
- Oj biedaku, a mi w wodzie. A właśnie mam zamiar wziąć długi prysznic. Strzeż się.
- Jasne, jasne. - zaśmiał się Hunk, nie mogąc już utrzymać sztucznej powagi w tej konwersacji.
- A tak na serio, to dzięki. - powiedział Lance, uśmiechając się do chłopaka.
- Nie ma za co. Jedzenie jest dobrym rozproszeniem złych myśli. A teraz idź się kąpać, muszę się skupić na wymyślaniu przepisu.
- Tak jest. - Latynos sięgnął po swoje rzeczy do kąpieli i ręcznik.
Poprawił mu się humor, to fakt. Ale nadal myślał o tej głupiej kartce.
Musi coś zrobić, zanim oszaleje.
Jedyną osobą, która wie o tym całym zajściu to Keith. Ten sam Keith, który wpakował go w krzaki na powitanie i jest chyba najbardziej irytującym człowiekiem na tej ziemi.
Ale nie ma innego wyboru. Musi z nim o tym porozmawiać. I to najlepiej jeszcze dzisiaj.
***
Keith już nie mógł wytrzymać. Musiał z kimś o tym porozmawiać.
Najlepiej było by udać się do Shiro, co postanowił zrobić.
Kiedy tylko się ściemniło, Koreańczyk ruszył w stronę drzwi. Zanim je otworzył, jeszcze się upewnił, że kartka nadal tkwi w jego kieszeni.
Wziął głęboki wdech i nacisnął klamkę drzwi, jednak one nie otworzyły się.
Keith szarpnął, jednak ktoś musiał trzymać je z drugiej strony.
- Co do cholery...
W końcu ktoś po drugiej stronie odpuścił, a Koreańczyk otworzył drzwi. Widząc sprawcę kłopotów z drzwiami, przewrócił oczami.
- Oh, czyli jednak dobrze trafiłem. - powiedział trochę zakłopotany Lance.
- Co ty tutaj robisz?
- Cóż, em. Chciałem porozmawiać.
Keith podniósł brew do góry.
- O czym konkretnie?
- Masz rację. Myślę o tej sprawie. O tych całych Nuntius. Coś tu nie gra.
Po raz pierwszy Koreańczyk ucieszył się z wizyty irytującego chłopaka. I z tego, że nie tylko on coś podejrzewa.
- Dlaczego ci goście mogą ot tak sobie do nas wejść? I dlaczego do cholery tam jest jakiś tunel? Kim są w ogóle ci goście? - kontynuował Lance.
- Nie mam pojęcia, ale mam pomysł jak się tego dowiedzieć.
- A mianowicie?
- Chodźmy do Shiro. On na pewno musi coś o tym wiedzieć.
Latynos przez chwilę się nie odzywał, tylko zmarszczył czoło, jakby usilnie się nad czymś zastanawiał.
- Racja. Można spróbować.
- No to w drogę. - powiedział ochoczo Keith, wychodząc na zewnątrz.
- Chcesz to teraz zrobić? Stary, jest cisza nocna! - zatrzymał go Lance.
- A na co mamy czekać? - zapytał chłopak, ale nie czekał na odpowiedź, tylko ruszył naprzód.
Latynos westchnął.
Chyba nie miał wyboru.
***
Shiro siedział przy biurku, wypełniając ostatnie papiery.
Najchętniej położyłby się już do snu, ale nie lubił zostawiać niedokończonych rzeczy.
- Shiro, czy ty masz zamiar kiedyś pójść spać? - od wiru pracy odciągnął go głos Adama.
Zerknął na niego na chwilę, ale prawie natychmiast wrócił do uzupełniania tabelki.
- A ty? - odpowiedział tylko, na co Adam westchnął ciężko.
Mężczyzna stał u progu drzwi, krzyżując ręce. Był ubrany w normalne ubranie, zwykłą koszulę i wygodne spodnie od piżamy.
- Nie przemęczaj się tak. Praca nie zając, nie ucieknie. - powiedział, podchodząc do biurka. Zerknął na stos papierów i skrzywił się.
- Wiem, Adam. Nie lubię tak po prostu czegoś zostawiać.
- Jestem tego świadomy. Ale siedzisz tutaj od paru dobrych godzin. Zasługujesz na odpoczynek. Teraz.
Shiro nie odpowiedział, tylko westchnął.
- Jesteś cholernie uparty, wiesz? - oznajmił Adam poirytowanym tonem.
- Wiem. - Shiro zdobył się na łobuzerski uśmiech.
- W porządku, zostań. - powiedział zrezygnowanym głosem mężczyzna. Następnie pochylił się nad pracującym i pocałował go w czubek głowy. - Dobranoc.
- Dobranoc.
Kiedy tylko Adam opuścił pomieszczenie, rozległo się pukanie do drzwi.
Shiro zmarszczył czoło.
Kto o tej porze ma do niego jakąś sprawę? Czy nie ma przypadkiem ciszy nocnej?
- Tak? - powiedział jednak. - Proszę wejść.
Do środka wkroczył Keith. Wyglądał na zdeterminowanego, ale także... przestraszonego? Coś musiało się stać.
Zaraz za nim wszedł Lance, który wyglądał jak jeden wielki kłębek nerwów.
Okej, coś definitywnie się stało, skoro odwiedza go ta dwójka razem.
- Co się stało?
- Przepraszamy, że tak późno, ale sprawa wydaje się dosyć... poważna. - zaczął Lance. - Otóż...
- Daruj sobie, Lance. - uciszył go Keith, wyciągając jakąś zgniecioną kartkę na biurko. - To się stało.
Shiro spojrzał na skrawek papieru ze zdziwieniem. Spojrzał na nastolatków, żeby ocenić czy przypadkiem nie robią z niego idioty, ale widząc ich miny, przekonał się, że to nie był czas na żarty.
Mężczyzna wziął do ręki kartkę i zaczął ją rozwijać. Serce mu stanęło, kiedy zobaczył znany mu symbol.
- Co? Co jest? - zapytał zniecierpliwiony Keith. Spojrzał na trzymaną kartkę i dopiero teraz zobaczył, że coś jest po drugiej stronie. Coś, co zszokowało Shiro.
Mężczyzna otrząsnął się i odwrócił kartkę na drugą stronę, na napis.
- Oczywiście. - powiedział tylko i odłożył ją na biurko.
- Oczywiście? Co jest oczywiste? - spytał Koreańczyk.
Lance zmarszczył brwi.
- Dlaczego tutaj jest jakiś liść?
- Jaki znowu liść? - warknął na chłopaka Keith.
- No sam spójrz. - odpowiedział spokojnie Latynos. - Taki duży, czarnopurpurowy z siedmioma brzegami, widzisz? To kasztanowiec?
Shiro pokręcił głową.
- Ricinus communis. - powiedział tylko.
- Że co? - zapytał Lance.
- Taka trująca roślina.
- Aha. Czyli ktoś zgubił ulotkę jakiegoś ricinusa commu coś tam? Chcieli nam zaoferować usługi ogrodnicze czy co?
- Jak to ktoś zgubił?! Skąd wy to w ogóle macie? - Shiro nagle podniósł głos. Lance aż cofnął się od biurka, ale za to Keith z impetem odłożył kartkę i przewrócił ją na stronę z napisem.
- Co to oznacza?! - zapytał równie głośno Keith.
- Skąd to macie?! Mówcie natychmiast.
- Chwila, moment! - przerwał im Lance, podchodząc bliżej. - Może po kolei, co? Może wreszcie ktoś - spojrzał wymownie na Keitha. - da mi wreszcie dojść do głosu. Poza tym jest cisza nocna, więc jak macie się kłócić to trochę ciszej, w porządku?
- Masz rację, Lance. Nie ma co się unosić. Tylko proszę, szybko. Jeżeli to jest to, o czym myślę, to nie mamy dużo czasu.
- Co to jest?! - odezwał się Koreańczyk, nadal wściekły.
Lance tylko pokręcił głową i zaczął opowiadać całe zdarzenie. Jak znaleźli się nad przepaścią, jak znaleźli dwóch mężczyzn, jak poszli zbadać kartkę.
- I to w sumie tyle. - zakończył Latynos.
- Pamiętacie może jak wyglądali ci mężczyźni?
- Jeden wyglądał na starszego. Obydwaj mieli ciemne, dłuższe włosy. - powiedział już spokojniej Keith.
- Czy przypadkiem ten starszy nie miał czarnych włosów, a młodszy brązowe?
- Bardzo możliwe.
- Cholera.
- Co to oznacza? - zapytał Lance.
- Nic dobrego. - odpowiedział mężczyzna. - I mówicie, że wyszli z tunelu na północy, tak?
- Owszem.
- Dobrze. Jutro rano zajmiemy się zabezpieczeniem wejścia, a później opracujemy plan. - wymruczał pod nosem Shiro, zapisując coś na kartce. - W porządku, dziękuję wam, że to pokazaliście. - powiedział głośniej. Jego ton wskazywał na to, że było by miło, gdyby już poszli.
Lance, pomimo tego, że nadal był ciekawski, zrozumiał przekaz i już miał się żegnać, kiedy usłyszał Keitha.
- Nadal nam nie powiedziałeś o co z tym chodzi. Kim są Nuntius?
Shiro westchnął ciężko.
- Lepiej żebyście nie wiedzieli. A teraz już idźcie. Późno jest.
Koreańczyk zacisnął pięści.
- Ale...
- Keith, chodź. Jutro musimy wstać na trening. - powiedział Lance, kładąc mu rękę na ramieniu. - Shiro też musi odpocząć, prawda?
Keith przeniósł wściekły wzrok na Lance'a i strącił jego rękę ze swojego ramienia.
Miał ochotę się nadal wykłócać. Nie po to tutaj przyszedł, żeby dowiedzieć się o jakiejś trującej roślinie i o tym, że czekają kłopoty. Chciał wiedzieć jak je rozwiązać. Poznać przeciwnika.
Jednak kiedy spojrzał Lance'owi w oczy, zobaczył rozczarowanie. Czy czuł to samo?
W takim razie czemu nie walczy razem z nim?
- Naprawdę Keith, chodźmy już. - powiedział Latynos z takim przekonaniem, że Koreańczyk odpuścił i w miarę spokojny spojrzał na Shiro.
Rzeczywiście wyglądał na przemęczonego. Może nie powinien tak na niego krzyczeć? W końcu ma wiele na głowie, a poza tym był jego kuzynem... co nie zmienia faktu, że mógłby coś więcej powiedzieć...
Koreańczyk ugryzł się w język i zamiast rzucić wiązkę przekleństw, ruszył w stronę drzwi.
- Idź spać, Shiro. Dobranoc. - powiedział i otworzył drzwi.
- Um, tak. Do widzenia. - dorzucił jeszcze Lance i obydwaj wyszli z pomieszczenia.
Mężczyzna odprowadził wzrokiem nastolatków, a kiedy upewnił się, że już ich nie ma, spojrzał jeszcze raz na kartkę i westchnął ciężko.
- Edward, naprawdę chcesz to znowu robić?
Schował papier do szuflady, po czym zamknął ją na klucz.
***
- Jestem wściekły. - oznajmił Keith, kiedy dotarli do jego pokoju.
Jak zwykle, jego współlokatora nie było. Koreańczyk zaczął się zastanawiać czy w ogóle ma jakiegoś współlokatora.
Rzucił się na swoje łóżko, a Lance stanął obok drzwi.
- Widzę właśnie.
- Dlaczego on nie chce nam powiedzieć o co chodzi?! Powinniśmy wiedzieć, prawda?
- Może to zbyt niebezpieczne żeby nam mówić?
- Do cholery, Lance, to jest ośrodek szkoleniowy! Tutaj się przygotowujesz do niebezpieczeństw!
- Racja, ale jesteśmy tutaj dopiero kilka dni.
Keith prychnął.
- Słuchaj. Też nie jestem zadowolony, że poszliśmy tam po to, żeby się dowiedzieć, że nie jest dobrze i że goście mają obsesje na punkcie trujących kasztanowców. Jak teraz o tym pomyślę, to chyba jestem bardziej przerażony niż przedtem. W każdym razie, mam pomysł, jak możemy się dowiedzieć czegoś więcej.
Keith podniósł się z łóżka, wyraźnie zainteresowany.
- Pomyślałem, że skoro on nie chce nam niczego powiedzieć, to musimy działać na własną rękę. To wielkie ognisko ma być w piątek wieczorem, nie?
- Tak mi się wydaje.
- Wspaniale. - Latynos uśmiechnął się łobuzersko. - Mam dwa plany. Jeden, w czasie ogniska, kiedy wszyscy będą zajęci jedzeniem, wkradniemy się do pokoju Shiro i poszperamy trochę. Być może ma o nich jakieś informacje. Drugi nie jest tak dyskretny, ale może mieć większe powodzenie. Możemy przekonać Adama albo Romelle, żeby nam powiedzieli coś więcej. Ale do tego przydałoby się przemycić jakieś dobre środki na zapomnienie albo chociaż jakiś alkohol.
Keith chwilę analizował to, co powiedział chłopak.
- Drugi plan jest beznadziejny. Ty musiałbyś odwalić całą robotę, bo nie umiem rozmawiać z ludźmi, nawet jeżeli są pijani. Poza tym nie puszczę cię nigdzie samego.
- Aw, boisz się o mnie? - wywnioskował żartobliwie Lance.
- Nie, po prostu cię nie znam i nie wiem co zrobisz z informacjami. Wkradniemy się do Shiro. Tam będę ci potrzebny.
- Czemu tak uważasz? Poradzę sobie z zamkiem do drzwi.
- Ponieważ znam go lepiej od ciebie. Wiem, gdzie może trzymać ważne informacje.
- No chyba że tak. Tak więc, obydwaj zgadzamy się na pierwszy plan?
- Owszem.
- Jeszcze jedna sprawa. Skoro mamy współpracować, zawrzyjmy pokój. Nie ma sensu rzucać się sobie do gardeł, jak łączy nas jeden cel, prawda?
Koreańczyk przewrócił oczami.
- Prawda.
- W takim razie zgoda? - Latynos wyciągnął rękę do chłopaka.
- Zgoda. - po krótkiej chwili ją uścisnął. - Ale tylko do rozwiązania sprawy.
Lance miał ochotę przewrócić oczami, ale powstrzymał się i zgodził się.
- No to w takim razie do jutra. Naprawdę powinniśmy się położyć.
- No to dobranoc. - pożegnał się Keith i odprowadził wzrokiem Lance'a dopóki nie wszedł do swojego pokoju.
Ten dzień był naprawdę dziwny.
Najpierw podejrzani goście, tajemnicza kartka, a teraz sojusz z Lance'm? Co się dzieje ze światem....
CZYTASZ
Penetranci| Klance
RandomPenetranci to grupa specjalna, która przechwyca ważne dla kraju informacje. Keith Kogane, porywczy dwudziestolatek, po długich przygotowaniach trafia do Penetrantów. Lance McClain, nastolatek, który kontynuuje tradycje w swojej rodzinie. Pomimo pocz...
