F I V E

6.9K 321 58
                                        

Jęknąłem, przekręcając się na drugą stronę, gdy promienie słoneczne uderzają w moją skórę i szczypią oczy. Mój mózg pulsuje w mojej czaszce, moje ciało jest ciężkie i zmęczone. Minutę zajęło mi, by zorientować się gdzie byłem. Skrzypiące białe łóżko, niechlujne i niepościelone, ze śmierdzącymi alkoholem poduszkami.

Chwilę zajęło mi, by to przetworzyć, ale ostatecznie zdałem sobie sprawę, że znałem ten pokój. Byłem już wcześniej w takiej sytuacji, budząc się z ogromnym bólem głowy w sypialni Daya'i po całonocnej imprezie. Ciężko było mi wstać, ale w końcu zdecydowałem się odkopać moje ciało z pościeli i założyć na siebie ubrania. Moje oczy na zmianę zaciskały się i rozluźniały przez promieniujący ból w mojej głowie.

Wyszedłem z pokoju, drapiąc się po karku, gdy ziewnięcie opuściło moje wargi. Cały dom był jednym wielkim bałaganem. Zbite szkło, porozlewne piwo, puste butelki i zgonujący nastolatkowie porozrzucani po całym domu. Nadal było cicho - nadal było wcześnie. Żaden z nieprzytomnych nastolatków się nie obudził, więc żaden nie mógł mnie zobaczyć, jak zakradałem się do kuchni.

Phoenix siedział na kuchennej szafce, ubrany wyłącznie w bokserki, jadł płatki śniadaniowe prosto z pudełka. Tommy opierał się o lodówkę, ubrany trochę bardziej odpowiednio w swoje ubrania z wczorajszej nocy, upijając łyk porannej kawy. - Hej! - Phoenix odrzekł radośnie, kiedy mnie zobaczył, wywołując ucisk w mojej głowie i wzdrygnięcie się Tommy'iego, który wylał kawę na swoje bose stopy. - Zgadnij, kto został zalany?

Uniosłem brew, wskakując na stołek barowy obok niego. - Serio? - Spytałem ochryple. - Z Sam?

Fuknął. - Nie, zaliczyła zgon o dziesiątej. To była ta dziewczyna z leniwym spojrzeniem i brakującym kciukiem.

Patrzyłem na niego z niedowierzaniem. - Z monobrwią?

- Wiesz... to raczej takie wyrażanie sztuki-

- Cokolwiek. - Przekręciłem oczami. - Jestem, uh... dumny z ciebie?

- A co z tobą? - Spytał Tommy, patrząc zza kubka z napisem 'Best Dad'. - Z kim spałeś?

Wzruszyłem ramionami. - Nie wiem. Brunetka, całkiem niska, trochę irytująca. - Powiedziałem zwyczajnie. - A gdzie tak w ogóle są dziewczyny?

- Wyszły kupić pączki. - Ziewnął Phoenix. - Co z nimi? To tak jakby nie miały kaca, czy coś?

Przerwało mu trzaśnięcie drzwi frontowych. Chwilę później weszły Daya i Sam. Ubrane w czapki i okulary przeciwsłoneczne, trzymały w dłoniach białe papierowe torby. Energicznie rozmawiały, odwracając się do nas ze słodkimi uśmiechami. - Hej, Luca. Słyszałam, że pieprzyłeś Pepper Khan. - Wyszeptała kpiąco Sam.

Jęknąłem na ten dźwięk, czując w głowie kolejne wirowania. - Może. - Odparłem. - Nie znam jej imienia. - Powiedziałem, zeskakując ze stołka, biorąc dla siebie pączka, zanim wszystko zjedzą.

- Powinienem już się zbierać. - Przeciągał się dramatycznie Phoenix, jego kończyny zostały rozciągnięte do granic możliwości. - Moja mama zapewne zastanawia się gdzie j-

- Oh, nie, nie, nie. - Przerwała Daya, popychając jego nagą klatkę piersiową. - Nikt stąd nie wyjdzie, dopóki nie będzie wysprzątane.

- Co? - Jęknąłem. - Nie ma mowy-

- Hej, przyszedłeś na imprezę, to teraz musisz posprzątać. - Rzekła uparcie, krzyżując ręce na klatce piersiowej.

- A co z całą resztą kutasów, którzy tutaj wczoraj byli? - Protestowała Sam. - Oni nie muszą sprzątać.

- Tak, więc są kutasami. - Powiedziała.

- Hej, ja jestem kutasem. - Phoenix uniósł dłoń, żartując. - Moge iść do domu?

- Przestań. - Westchnął Tommy. - No dalej, razem skończymy szybciej.

Phoenix wydobył z siebie głośny, donośny jęk, zanim pokiwał głową. Po zjedzeniu kilku pączków, zaczęliśmy sprzątać. Pracowaliśmy otoczeni zgonującymi ludźmi, mijając nastolatków, gdy wyrzucaliśmy plastikowe kubeczki do czarnych worków na śmieci i odkurzaliśmy pod kanapą. Większość z pozostałych dzieciaków obudziła się, przez hałas jaki robiliśmy. Na pozostałe osoby wylaliśmy wodę.

Po półtorej godziny, dom był wysprzątany. Plamy zniknęły, kubki zostały wyrzucone, pościel w pralni. Nareszcie mogliśmy stąd iść. Po podziękowani Daya'i, podwiozłem Phoenix'a i Sam do domu, zostawiając Tommy'iego ze swoją dziewczyną.

- Luca, moge cie o coś spytać? - Powiedziała do mnie Sam, kiedy Phoenix już wysiadł.

Zerknąłem na nią kątem oka, zanim pokiwałem głową, koncentrując się na drodze. Powoli zmierzałem w kierunku domu Sam. - Jasne.

- Wszyscy mówią o tym dzieciaku któremu pomogłeś w czwartek. - Zaczęła,  przyciągając kolana do klatki piersiowej, brudząc mój fotel swoimi ubłoconymi trampkami. Rozważałem powiedzenie jej, by je zdjęła, ale wiedziałem, że to bezcelowe. Zapewne tylko pomacha mi palcem przed twarzą i zignoruje moją prośbę. - Dlaczego to zrobiłeś?

Moje brwi zmarszczyły się. - Nie rozumiem pytania. - Odpowiedziałem poważnie. - Potrzebował pomocy, dlaczego nie miałbym tego zrobić?

- Ponieważ to nie twój interes. - Wzruszyła ramionami. - Zawsze patrzysz tylko na siebie, teraz zamieniasz się w superman'a?

Westchnąłem ciężko. - Serio, Sam? Dlaczego musisz być taką zimną suką? - Spytałem sucho. - Był dręczony i płakał, a jego rower był kompletnie zniszczony. Kiedy świat stał się takim gównianym miejscem, w którym ludzie tylko stoją i pozwalają na coś takiego?

Odwróciła się w moją stronę, patrząc na mnie ostrożnie, jakby czekając na mój wybuch. - Co jeśli, on na to zasłużył?

Moje brwi uniosły się w szoku, niemal zniknęły pod moimi włosami. - Kto mógłby kiedykolwiek zasłużyć na coś takiego? - Syknąłem. - Jest dobrym dzieciakiem, pracuje w sklepie zoologicznym. - Powiedziałem jej, zanim kontynuowałem. - Regularnie jest bity, a ja mam się temu przyglądać i śmiać z resztą tych palantów?

- Ja nie... - Jej głos zamilkł. - Przepraszam. - Odparła. - To po prostu do ciebie niepodobne. Zawsze jesteś  skupiony na sobie. Piłka nożna, szkoła, alkohol i dziewczyny. Nie skupiasz się na tym, co robią inni ludzie. A nagle pomagasz temu dzieciakowi, jakbyście byli przyjaciółmi od lat?

Zaparkowałem przed jej domem. - Jestem człowiekiem, tak samo jak on. - Powiedziałem prosto, poprawiając się na fotelu. - Jesteśmy równi, a on potrzebował pomocy. On zrobiłby dla mnie to samo.

Usmiechnęła się. - Słodko.

Wzruszyłem ramionami. - Zwyczajna ludzka przyzwoitość.

Nachyliła się, przyciskając usta do mojego policzka, zanim wyszła z auta. - Do zobaczenia w poniedziałek, Doei.

Uśmiechnąłem się. - Doei. - Odpowiedziałem machając, gdy ona trzasnęła drzwiami i zmierzała w stronę frontowych drzwi.

Sam była jedyną, która nigdy nie próbowała choć odrobinę poznać holenderskiego. Niezbyt wiele wiedziała. Wyłącznie proste zwroty, jak cześć, do widzenia i dziękuje. Phoenix się starał, ale jego akcent nie był zbyt dobry. Pozostał więc, przy kilku słowach. Zachichotałem do siebie. Phoenix ledwo potrafił mówić po angielsku, zostawmy w spokoju inne języki.

Włączyłem radio, wybierając swoją ulubioną stację, gdy wracałem do domu. Droga trochę mi się rozmazywała w wyniku mojego kaca, w wyniku czego jechałem niesamowicie wolno.

Gdy w końcu dojechałem na miejsce, mój pies zdecydował się być na tyle głupi, by zagwarantować mi kolejną wyprawę do weterynarza. Ale tym razem nie narzekałem. Ponieważ zobaczę Theodore'a.

Ponieważ zobaczę Theodore'a.

Serio, co jest ze mną nie tak?

The Dutch Boy ● PL [BxB]Opowiadania do pokochania. Odkryj je teraz