Obudziłem się. Sparaliżowany leżałem na łóżku, tak mi się wydawało na "łóżku". Nie mogłem podnieść głowy, a co dopiero wstać na nogi. Spróbowałem otworzyć oczy, lecz tylko jedno oko zareagowało i otworzyło sie przez mała szczelinke. Zobaczyłem biały sufit i jakaś starą żarówkę zwisającą na kablu.
Na początek.... Może być. Leżałem tak jeszcze dobre ze dwie godziny. I nadal czułem się jak na prochach. Cały świat wirował, a głupia żarówka zbliżała sie do mnie i oddalała wraz z mrugnięciem mojego oka. Wreszcie wracałem do normy, mogłem już ruszać wszystkim kończynami, ale za huja nie mogłem otworzyć drugiego oka. Jak by było przyklejone na klej. Powoli przerwóciłem sie na prawy bok, żeby zobaczyć gdzie ja w ogóle jestem. Zobaczyłem mała komudke i białe drzwi. Ale to mi pomogło. Po godzinnym próbowaniu wstawania, nareszcie usiadłem na krańcu łóżka. Zobaczyłem welflon wbity z moja lewa reke, wiec czym prędzej wyrwałem go. Podniosłem się, ale musiałem szybko usiąść, żeby sie nie wywalić. Złapałem sie za głowe, poczułem bandaż na moim nie otwierającym się oku. Tak zrobiło mi sie nie dobrze.
Znów siedziałem i czekałem, czekałem, sam nie wiem na co. Przez ten czas analizowałem co sie w ogóle stało i jak sie tu znalazłem. Tak, już pamiętam! Ten dzwiny człowiek i strzał pistoletu. Nie wiele mi to mówiło, ale zawsze coś.
Wtedy ktoś wszedł przez białe drzwi.
- Widzę, że już wstałeś. Jak sie czujesz? Tego faceta nigdy nie widziałem na oczy. Był może w wieku mojego ojca, ale był bardziej siwy. Miał okurary i bały fartuch.
- Kim pan jest?- spytałem chrypkowatym głosem.
- To ja tu zadaje pytania.
Jego głos momętalnie zmienił sie na bardziej poważny. Nic nie odpowiedziałem, czekałem na jego pierwszy ruch.
- Odpowiesz czy nie? Bo jak nie to nie dostaniesz kolacji.
Nadal nic nie odpowiedziałem.
- Okej, jak tam chcesz... Nas to nie obchodzi. Przyjde jutro, może ci przejdze.
Wyszedł, a za nim było słychać trzask zamka.
On mnie zamknął? Co za dziwny szpital! Nie zamyka sie ludzi wbrew swojej woli. I dlaczego nie pytają sie o moich rodziców? Pamiętam jak byłem mały i złamałem rękę, lekarze odrazu pytali sie o namiary do rodziny. O co chodzi?!
A może już są i czekają w poczekalni? Mam taką nadzieję.
Rozmysłałem reszte wieczoru i poszedłem spać. Rano obudziło mnie burczenie w brzuchu. No ładne... Teraz to będę musiał gadać z tym wrednym lekarzem. Jak tylko o nim pomyślałem, odrazu drzwi sie otworzyły i już w nich stał.
- I jak? Teraz ze mną pogadasz?
- Taa... - zmusiłem się, żeby mu odpowiedzieć.
- To dobrze... Wiec jak sie czujesz? Od jednego do dziesięciu. Dziesięć to okropny ból.
- Może dwa. Boli mnie głowa. Dacie mi jakieś tableki przeciwbólowe?
- To nie jest koncert życzeń, dawno wyszły.- uśmiechnął sie głupio. Coś zapisał na swojej niebieskiej teczce.
- Jak sie nazywasz? Ile masz lat?
- To pan nie wie? Przecież rodzice powinni panu już dawno powiedzieć?
- Chłopczyku skąd ty sie urwałeś? Twoi rodzice... Nie rozśmiesz.....
- To gdzie oni są??!!!!- przerwałem mu i wstałem na równe nogi.
Facet rzucił teczkę na podłoge i wyciągnął coś z tyłu spodni. Po sekundzie miałem to przyłożone do piersi. Okazało się, że to pistolet.
- Nie przerywaj mi, bachorze! Gadaj jak masz na imie!!!- krzyknął bardzo głośno.
- Mark Je.....
- Dziękuję, miło się z tobą współpracuje.- lekarz ochłoną, wsadził pistolet za spodnie. Podniósł teczkę i wyszedł.
Stałem sparaliżowany jeszcze przez dziesięć minut. O co mu chodziło? Dlaczego miał broń? To jest nie normalne, jaki lekarz chodzi po szpitalu z gnatem... Porąbane. Mam nadzieje, że szybko mnie wypuszczą.

CZYTASZ
Świat vs Zombie
Science FictionMark. Chłopak który dopiero po trzech latach dowiaduję się, że świat nie jest już taki kolorowy. Przez swoją głupotę dostaje się w ręce złych ludzi. Czy Mark ucieknie? Czy jego rodzina żyje? A najważniejsze czy nie zostanie przekąską umarlaków?