Rozdział 10

442 41 11
                                    

— Zabini! Wychodź z tej łazienki! — zawołał Draco pukając w drzwi.

— Daj mu spokój! On idzie na randkę! — powiedział Theodore, gdy czarnoskóry wyszedł z łazienki — Elegancik.

Blaise przewrócił oczami na komentarz Theo, ale uśmiechnął się lekka podchodząc do swojego łóżka. Nie miał pojęcia czemu, ale umówione spotkanie z blondynką napawało go radością i z spokojem.

Puchonka kończyła lekcje później niż on więc miał okazję iść do dormitorium by przebrać się w coś wygodniejszego.

— Cieszysz się? — zapytał Theo gdy Draco wszedł do łazienki.

— Pewnie. — powiedział Blaise starając się zachować normalny wyraz twarzy.

— Oby coś z tego wyszło. — powiedział mu Theodore klepiąc przyjaciela po ramieniu.

Coś w tych słowach sprawiło, że Blaise się przeraził. Nie chciał nigdy zdobyć dziewczyny na poważnie. Nigdy nie próbował być w prawdziwym związku. Skąd miał wiedzieć czy robi coś dobrze?

— Spiąłeś się. — zauważył Theodore — Będzie dobrze. Blaise, to nie pierwszy, pewnie nie ostatni raz, gdy idziesz na spotkanie z dziewczyną.

Nie chciał powiedzieć Theo, że teraz jest inaczej, bo teraz zaczęło rozwijać się jego zauroczenie puchonką.

Wyszedł z dormitorium czując niepokojące uczucie w brzuchu. Przekraczając próg biblioteki poczuł kurz i coś dziwnego, jakieś ładne perfumy, na pewno dla dziewczyny. Margaret siedziała dwa rzędy od wyjścia, dlatego je czuł. Opadł na krzesło obok niej, a ona uniosła głowę i się uśmiechnęła.

— Przyszedłeś! — powiedziała.

— Aha. — mruknął czując się jak idiota — Co tam robisz? — zapytał wskazując palcem na pergaminy.

— Och, to dla profesora Flitwicka. — powiedziała — Już prawie kończę. — dodała.

Blaise przez chwilę jedynie patrzył na skupioną Margaret, jej policzki były naturalnie zaczerwienione, miała drobne piegi na twarzy i pełne, różowe usta. Jej włosy były spięte w koka na dole głowę, a z przodu wypadała jej grzywka.

— Coś się stało? — zapytała spoglądając na niego, a on pokręcił głową.

— Nie.

— Gapisz się.

— Nie. — mruknął odwracając wzrok — Zamyśliłem się.

Margaret znów pochyliła się nad pergaminem, a on patrzył jej przez ramię. Chwilę później uslyszli za sobą kroki więc, oboje gwałtownie się odwrócili.

— Meg, słońce, mogłabyś mi pomóc z wypracowaniem od McGonagall? — zapytała kładąc pergamin przed Margaret. Blaise znaim jeszcze Margaret zdążyła odpowiedzieć zabrał ze stołu pergamin — Co robisz, Blaise?

— To wcale nie jest takie trudne wypracowanie. — powiedział oddając Simone pergamin.

— Może dla mnie jest trudne...

— Nawet Crabbe potrafił to zrobić! — powiedział Blaise czując, że Meg go szturcha — Więc i ty dasz sobie radę.

— Miło, że mnie we mnie wierzysz, Blaise. — wycedziła Simone, nachylając się by pocałował Blaise'a, a on się odsunął — Co ty wyprawiasz? — zapytał — Jesteś ostatnio coraz bardziej dziwny. — westchnęła odchodząc.

— To miło z twojej strony...

— Masz już wystarczająco dużo prac domowych. Nie potrzebujesz jeszcze tych od Simone. — stwierdził.

— Nie chce by musiała z tym sobie radzić sama. — powiedziała.

— Ale ona cię tylko wykorzystuje, Meg. — powiedział Blaise — Nie chcę byś się przemęczała.

Blaise wrócił do domitorium w znacznie lepszym humorze niż z niego wychodził. Usiadł na kanapie obok Cosette i Theodore, którzy kończyli swoje wypracowania. Na dworze było już całkiem ciemno i zaczął padać deszcz.

— Podobno byłeś na randce. — powiedział Cosette nieco zachrypnięta.

— Tak. — powiedział Blaise — Nie brzmisz dobrze. W porządku?

— Tak. — powiedziała, a Theo podniósł brwi po drugiej stronie stołu — Jak było na randce?

— Całkiem fajnie... to nie była taka randka-randka. Tylko spotkanie — powiedział — Simone znów chciała by Margaret napisała za nią wypracowanie. — dodał.

— I ty dzielnie obroniłeś ukochanej? — zapytał Theo, a Blaise rzucił w niego piórem — No co? Ona Ci się przecież podoba.

— Simone chciała mnie pocałować. — powiedział Blaise — Przy Margaret.

— Co? Nie pocałowałeś jej chyba. — powiedziała Cosette spoglądając na Blaise'a. Jego przyjaciółka miała zaczerwienione oczy i nos.

— Nie. — powiedział siadając obok niej na podłodze — W porządku?

— Tak. Przestań zadawać te pytanie. — powiedziała lekko poddenerwowana. Blaise pogładził ją po plecach i nie przestawał aż skończyła wypracowanie. Theodore poszedł do domitorium, a Blaise spojrzał na Cosette licząc, że czegoś się dowie. Jego przyjaciółka pociągnęła nosem chowając wypracowanie do torby. Blaise wyciągnął chusteczkę i jej podał.

— Jesteś chora czy płakałaś? — zapytał, a ona wzruszyła ramionami — Oba. — stwierdził za nią — Co się stało?

— Nic. — mruknęła — Po prostu... ta impreza... sama nie wiem, gdyby nie ja to nikt by nie musiał odrabiać teraz szlabanów.

— Po prostu chciałaś żeby ludzie zabawili. — powiedział — Jesteśmy młodzi. Tak już mamy. — dodał.

— Tak, ale... co jak nikt nie będzie chciał już ze mną rozmawiać? — zapytała.

— Nikt nie chce rozmawiać z Jaylą, bo to ona wszystkich wydała. — powiedział — Wszyscy cię wciąż lubią. Poza tym, ja wciąż przy tobie będę. — dodał, a ona oparła się na jego ramieniu ocierając łzy w chusteczkę. Blaise pocałował ją w głowę — Powinnaś iść się położyć. — szepnął przystawiając dłoń do jej czoła — Masz gorączkę. Idź do łóżka. — powiedział Blaise, a Cosette się podniosła.

— Jesteś bardzo słodki. — powiedziała.

— Wiem, jestem niesamowity, jedyny w swoim rodzaju. — powiedział uśmiechając się do niej — Idź do łóżka.

Chwilę po tym jak Cosette zniknęła w domitorium Theodore znów obok niego usiadł.

— Więc?

— Chyba przepadłem, Theo. — mruknął Blaise, a jego przyjaciel się roześmiał w głos.

— Zakochałeś się? — zapytał, a Blaise przytaknął.

— Co teraz?

— Teraz musisz jej pokazać, że Ci naprawę zależy, Blaise, że to nie jest dla ciebie tylko zabawa. — powiedział.

— Nie mogę tego zrobić. Wiesz o tym. — powiedział.

— Oczywiście, że możesz, Blaise. — powiedział Theodore.

Love Made Me Crazy | Blaise ZabiniOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz