3. Piątek, 21 listopada

29.6K 1.2K 1K
                                        

– Widziałeś? – Usłyszałam gdzieś z głębi męskiej przebieralni. – Bez kitu! Biorę ją w ciemno!

– Nie bierzesz. Ani w ciemno, ani w jasno, ani w półmroku. Łapy przy sobie! A jak będziesz ją mijał, to w ogóle zamknij oczy, dobrze ci radzę. – Dobiegł mnie drugi głos, który od lat rozpoznawałam bez większych problemów. Łukasz jak zawsze bawił się w Boga. Był wszędzie, wszystko widział, słyszał i do wszystkiego się wtrącał. – Poza tym, ta laska jest już zajęta.

– O nie! Nie jest! Mówisz tak tylko po to, żebym dał sobie spokój! - zaprotestował ten pierwszy głos.

– Chcesz się przekonać? Czekaj chwilę. Agata! – zawołał przeciągle.

Westchnęłam. Skąd wiedziałam, że to o mnie chodzi?
Kula się mylił. To był zdecydowanie ZŁY pomysł, żeby zajęcia miały charakter koedukacyjny.

– Czego!? – zawołałam szorstko. Miałam nadzieję, że chłopakom nie przyjdzie do głowy pomysł, na przytransportowanie swoich zwłok do damskiej szatni.

– Prawda, że jesteś zajęta? – Łukasz wcale nie silił się na intonowanie pytania.

– Zależy, kto pyta... – mruknęłam do siebie, ale zreflektowałam się szybko. – Prawda! – krzyknęłam w jego stronę.
Przecież byłam! Praniem, sprzątaniem, nauką, odrabianiem prac domowych. Nikt nie pytał o chłopaka. Jestem zajęta jak cholera!

– Widzisz? – Wydawało mi się, że Łukasz wydzierał się tak głośno, aby nie mieć żadnych wątpliwości, że usłyszy to każdy, komu wpadłoby do głowy, żeby do mnie startować. – Jest zajęta! Spóźniłeś się!

– Bez sensu! – jęknął płaczliwie. – Wiecznie, albo spóźniony, albo drugi...
Słyszałam, jak narzekał dalej, ale głosy cichły powoli i oddalały się, co sugerowało, że chłopcy wychodzili z przebieralni. Można było w końcu odetchnąć z ulgą.


***

– Przez ciebie, Łukasz, zostanę starą panną – marudziłam chwilę później, kiedy już wracaliśmy do domu. – Odstraszasz każdego, kto w ogóle miałby odwagę na mnie spojrzeć.

– Ale to kompletny dupek! Wierz mi! Nie chciałabyś się z nim spotkać! Z randki z tym typem pewnie uciekłabyś z krzykiem. Pamiętasz jak kiedyś ci opowiadałem o moim kumplu, który myślał, że ironia to żeńskie imię? No właśnie to on. Ma tak pusto w głowie, że echo stanowi dla niego śmiertelne zagrożenie, bo mogłoby spowodować zejście lawiny martwych zwojów mózgowych. No, co tak patrzysz? Łaskawy jestem zakładając, że one kiedykolwiek tam były, żywe w dodatku. Jedyne, co go interesuje to sport i seks. Choć czasem też seks dla sportu, jak kto woli. Jeżeli o mnie chodzi, to wolałbym cię przechować dla kogoś bardziej... wartościowego.

– Ty byś mnie wolał przechować! – prychnęłam na wpół rozbawiona, na wpół oburzona. – W szafie mnie zamknij, a potem sprzedaj za stado krów, dwa psy i tuzin kur. I ciekawe dla kogo byś wolał? Dla Roberta? – Westchnęłam, nawet nie udając, że z tą konkretną opcją byłoby mi trudno się pogodzić.

– Co? Nie! Boże uchowaj! – Przeżegnał się błyskawicznie. – Po pierwsze, nie zrobiłbym tego przyjacielowi. – Uśmiechnął się złośliwie, a potem wykonał szybki unik, bo zamachnęłam się na niego. – Po drugie, abstrahując od ciebie, sam Robert to już w ogóle jest osobny rozdział. On jest świetnym kumplem z harcerskimi zasadami, do którego w razie problemu można dzwonić w środku nocy, a on bez zbędnych pytań załatwia transport, walizkę, worek wapna gaszonego i pomaga ci zakopać zwłoki, ale jego stosunek do kobiet... – Gwizdnął przeciągle. – Baby go strasznie zepsuły. Jest rozpuszczony jak dziadowski bicz. O żadną się nigdy nie musiał starać. O żadną, rozumiesz? Same mu się pchają na... do łóżka, znaczy – poprawił się.

SzyszkaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz