32. Środa, 24 grudnia

29K 1.1K 751
                                        

Dzień zaczął się bladym świtem i zdawał się nie mieć końca. Ciocia Isia wykazała się ogromną kreatywnością i wpadła na genialny pomysł urządzenia wspólnej wigilii.

Myślałam, że mówiąc "wspólna", miała na myśli wspólną ze mną. Do głowy by mi nie przyszło, że zamierzała wydać bankiet dla dziesięciu osób, zapraszając rodzinę Roberta. Chyba żal jej się zrobiło pięciu facetów mających spędzić samotny dzień w kuchni, podejmując nieudolne próby ugotowania czegoś, co da się w efekcie końcowym zjeść i nie zwrócić. Co prawda nie była to pierwsza ich wigilia bez matki, ale nigdy wcześniej Ola nie była w ciąży z jednym z nich.

Od rana każdy pomagał z czym się tylko dało. Robiliśmy moczki, makówki, serniki z żurawinami, śledzie po grecku, barszcze, uszka i wszystko to, co znajduje się na stole podczas wigilijnej kolacji w tradycyjnej, śląskiej rodzinie. Panował wzorcowy, świąteczny nastrój. Wszyscy sprawiali wrażenie mocno zaangażowanych w przygotowania i pochłoniętych pracą. Za wyjątkiem Roberta. Jedyne, co go w tej chwili bez reszty pochłaniało, to jego własne myśli.

Od wczoraj trzymał mnie na taki dystans, że nawet Łukasz patrzył pytająco w moją stronę. Wraz z informacją o odnalezieniu mieszkania poszukiwanego przez policję mężczyzny, czułam że coś wyraźnie się zmieniło. Zauważyłam, że częściej uciekał wzrokiem, lakonicznie i zdawkowo odpowiadał na moje pytania i stał się nagle nienaturalnie odległy. Miałam nadzieję, że to jakieś przejściowe napięcie i że szybko zażegnamy kryzys jego wiary w zwycięstwo dobra nad złem, ale niestety przeceniłam jego zdrowy rozsądek.

– Masz chwilę? Muszę zamienić z tobą parę słów – zagadnął niepewnie, wykorzystując okazję, iż zostałam na chwilę w kuchni zupełnie sama.

– Jasne – zgodziłam się bez większego namysłu. – Tylko to skończę i jestem cała twoja. – ruchem głowy wskazałam miskę z ugotowanymi warzywami, które trzeba było już tylko pokroić w kostkę.

– Czy możemy porozmawiać TERAZ? – Przygryzł wargę i przygwoździł mnie dość chłodnym spojrzeniem. – To chyba nie może czekać...

Zerknęłam na niego z ukosa i skrzywiłam się sceptycznie. Skinęłam głową, odłożyłam wszystko, czym się do tej pory zajmowałam i umyłam ręce.

Bez słowa przeszliśmy do mojego mieszkania. Nie umknęło mojej uwadze, że Robert, czujący się ostatnio u mnie lepiej niż u siebie, nie przekroczył nawet progu dużego pokoju. Zamiast tego oparł się barkiem o framugę i założył ręce na piersi, potęgując tym samym wrażenie bijącego od niego i tak już bardzo wyraźnie, dystansu i napięcia.

Czekał cierpliwie, aż zaleję herbatę wrzątkiem i postawię kubki na stole. Usiadłam na kanapie mając nadzieję, że zajmie miejsce tuż obok, ale tak się jednak nie stało.

Z największym zainteresowaniem na jakie było go stać, przyglądał się skrawkowi podłogi pod swoimi stopami. Nie ruszył się z miejsca, nie podniósł wzroku, nie wypowiedział ani jednego słowa. Chciał przecież rozmawiać, a stał teraz w zupełnej ciszy jakby bojąc się poruszyć, żeby nie spłoszyć swoich własnych myśli i słów, które sobie tak pieczołowicie poukładał w zdania. Widziałam jak zaciska szczęki i wciąga głęboko powietrze w płuca. Jak zwilża wyschnięte wargi i z trudem przełyka ślinę.

– Obiecasz mi coś? – odezwał się w końcu tak cicho, że musiałam się wysilić, żeby usłyszeć treść wypowiadanych przez niego słów. Wiedziałam już, że spokój w jego głosie był tylko pozorny i nie miał on nic wspólnego z tym, jak naprawdę się czuł. – Obiecaj mi, proszę, że zadzwonisz do mamy, powiesz jej o wszystkim i dasz się stąd zabrać.

– Co? Nie! – zaprotestowałam gwałtownie, nawet nie próbując ukryć rosnącej we mnie irytacji. – Robert, rozmawialiśmy już na ten temat. Nie chcę wyjeżdżać. Nie po to błagałam ciocię o zachowanie tajemnicy przed rodzicami, żeby teraz dobrowolnie im o wszystkim powiedzieć. Poza tym ustaliliśmy z twoim tatą, że lepiej będzie kiedy jednak zostanę tu i pomogę policji. Twój tata powiedział...

SzyszkaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz