Dzień później z samego rana dostałam pilne wezwanie na dywanik. Dyrektorka z grobową miną wręczyła mi moją teczkę osobową i bez jakichkolwiek "zbędnych" wyjaśnień kazała niezwłocznie udać się do gabinetu pedagoga szkolnego. Posłusznie uczyniłam, co mi nakazano. Owym pedagogiem okazał się dość wysoki, szczupły i całkiem przystojny mężczyzna w wieku moich rodziców. Zobaczywszy mnie wstał, zabrał teczkę i wyszedł, każąc mi czekać na siebie grubo ponad dwadzieścia minut. Kiedy wrócił, usiadł naprzeciwko mnie, oparł łokcie o blat biurka i zaplótł szczelnie palce.
– Zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji? – zapytał, patrząc na mnie, tak, jakbym co najmniej napadła na bank, albo znokautowała staruszkę w parku.
Zamrugałam gęsto, zastanawiając się na próżno, powagę JAKIEJ sytuacji miał na myśli. Bezwiednie pochyliłam się do przodu, jakby to miało mi pomóc w rozgryzieniu tej łamigłówki. Zmrużyłam oczy, jak łapiący ostrość krótkowidz, po czym zamarłam na kilka chwil.
– Nie rozumiem. Co się dzieje? – Byłam zupełnie zdezorientowana. Pierwsze co przyszło mi do głowy to to, że wyszła na jaw podmiana materiału do testów, ale to przecież nie testy DNA, więc w myśl zasady "nawet kiedy cię złapią za rękę, mów, że to nie twoja ręka", postanowiłam iść w zaparte i kłamać do upadłego.
– Z racji tego, że wyniki twoich badań są niepokojące. – Zacisnął usta i cmoknął parę razy patrząc w kartki – i jednoznaczne, zawiadomiliśmy już twoich rodziców, oraz tymczasowych opiekunów prawnych.
– W dalszym ciągu nie rozumiem. – Poczułam że pustka w mojej głowie rozszerza się do rozmiaru galaktyki. – Zawiadomiliście O CZYM? Coś mi dolega? Jestem chora? – Zaniepokoiłam się, myśląc o Oli.
– Badania, które przeprowadziliśmy na poczet wykrycia ewentualnych środków dopingujących, są też ukierunkowane na sprawdzenie właściwego poziomu hormonów, głównie testosteronu. U ciebie natomiast wykazały nienaturalnie wysokie stężenie gonadotropiny kosmówkowej.
– Da się pewnie jaśniej - podpowiedziałam, bo mimo, iż byłam całkiem niezła z biologii, nie miałam pojęcia o czym facet do mnie rozmawiał.
– Gonadotropina kosmówkowa to hormon białkowy, który podnosi się znacznie u kobiet, które spodziewają się dziecka – wyjaśnił powoli i spokojnie, lustrując mnie przy tym badawczo.
– Sugeruje pan, że jestem w ciąży? – zapytałam automatycznie.
– Nie, ja niczego nie sugeruję. To wyniki badań to robią. Stężenie gonadotropiny jest znacznie przekroczone. I mówiąc "znacznie", mam na myśli normę odpowiadającą czwartemu miesiącowi prawidłowo rozwijającego się zarodka.
– Nie jestem w ciąży! – prychnęłam. – Czy ja wyglądam, jakbym była w czwartym miesiącu?
– Różnie z tym bywa. U jednych kobiet widać praktycznie od razu, u innych krągłości zaczynają uwydatniać się dość późno. Prawdopodobnie należysz po prostu do tej drugiej grupy.
– Nie jestem w ciąży – powtórzyłam uparcie potrząsając z niedowierzaniem głową.
– Podwyższone hCG może świadczyć również o raku jądra – powiedział tak spokojnie, jakby rzeczywiście brał tę opcję pod uwagę, jednak jego pełne politowania spojrzenie mówiło zupełnie co innego. – Więc, albo chcesz mi sprzedać kolejną rewelację, albo darujmy sobie zbędne komentarze w tej sprawie.
Z jednej strony rozumiałam go. Przecież miał przed sobą wyniki testów gdzie czarno na białym stało, że będę szczęśliwą mamusią. Postanowiłam nie mówić nic więcej, no bo i po co? Co miałam zrobić? Przecież nie przyznam się, że próbki podmieniłam. To o Olę teraz powinnam się martwić, nie o siebie.
CZYTASZ
Szyszka
General FictionZ powodu skomplikowanej sytuacji rodzinnej, Agata Szyszkowska przenosi się z Warszawy na Śląsk. Choć początki są trudne, na miejscu spotyka pierwszą miłość i zdobywa uznanie trenera drużyny pływackiej. Niestety niedługo dane jest jej cieszyć się sie...
