Środa. Pobudka przed piątą. Powtórka przed sprawdzianami. Punkt siódma trening vol.1. Szkoła. Trzy klasówki. Lektura. Wf. Znienawidzony bieg na trzy kilometry, bo to się ani nie rozpędzisz, bo za długo, ani spokojnie tempa nie wrzucisz, bo za krótko i czas goni. Laboratorium z biologii (ciężko kroić żyletką półprodukty na preparaty, kiedy ręce drżą, jakby cały tydzień nie rozstawały się z młotem pneumatycznym włączonym na pełne obroty). Bieg do domu. Obiad. Plan nauki na następne trzy klasówki. Zadania domowe. Trening vol.2 i nadzieja na krótki chociaż sen.
Czwartek zapowiadał się podobnie, a jeszcze musiałam gdzieś znaleźć trochę czasu, żeby kupić dodatki i buty na półmetek, który wypadał przecież już teraz w sobotę i zbiegał się tak pięknie z moją osiemnastką.
Tak, może i byłam dziwna, ale naprawdę mnie to cieszyło, bo kogo niby miałabym zaprosić na tę szumną imprezę z okazji wkroczenia w dorosłość? Poza tym dla mnie dorosłość miała naprawdę niewiele wspólnego z piciem alkoholu, świętowaniem i ilością odbitych o północy śladów pasa na tyłku.
Bardziej ekscytowałam się najbliższymi zawodami, niż czekającą mnie „zabawą" w gronie osób, które z chęcią zaparzyłyby mi herbatkę z konwalii, albo dodały wilczych jagód do placka.
Wracając do domu marzyłam tylko o tym, żeby coś zjeść i położyć się spać. Wiedziałam, że niestety tylko jedzenie wchodziło w grę, ale tak miło było uciec myślami w stronę wygodniej poduszki.
Ostatnio miałam problem z zasypianiem, a ciągłe rozmyślanie nie pomagało mi zupełnie w swobodnym przenoszeniu się do krainy Morfeusza. Z tego powodu sypiałam mniej, myślałam więcej, a serotonina uwalniana w nadmiarze i w sposób zupełnie niekontrolowany, zaburzała mój spokojny do tej pory cykl dobowy.
Popatrzyłam dyskretnie na idącego obok, ubranego w ciemnoszary płaszcz Roberta i pomyślałam, że wygląda jak miliard dolarów. W życiu nie widziałam przystojniejszego mężczyzny.
Odchodząc od wyglądu, uwielbiałam również jego poczucie humoru i osobowość i musiałam przyznać sama przed sobą, że nie mogłam nawet marzyć o lepszym kandydacie na... no właśnie, na kogo? Na kogoś z kim mogłabym przeżyć swój pierwszy raz, czy na kogoś z kim chciałabym przeżyć resztę życia?
Roześmiałam się. Nie miałam osiemnastu lat, wykształcenia ani pracy, a myślałam o zakładaniu rodziny. Robert zmarszczył brwi, przyglądając mi się badawczo, ale nie zapytał o powody mojej wesołości. Odprowadził mnie pod drzwi mieszkania, swoim zwyczajem cmoknął w czubek głowy, zapowiedział się na później i wszedł na półpiętro. I wtedy się zaczęło.
Włożyłam klucz w zamek i próbowałam przekręcić, ale klucz ani drgnął. Wyjęłam go i sprawdziłam, czy w pośpiechu nie chciałam użyć nie tego klucza co powinnam, ale nie. Niczego nie pomyliłam. Włożyłam go raz jeszcze i dalej nic. Czyżbym nie zamknęła drzwi wychodząc? Niemożliwe. Jeszcze nigdy, NIGDY mi się to nie zdarzyło! Byłam małym control freak'iem. Jak mogłabym zapomnieć o przekręceniu klucza?
– Co jest? - Robert chyba widział, że trochę zaczynam panikować i zszedł do mnie z powrotem. – Nie umiesz otworzyć?
– Nie mam pojęcia – wydukałam z trudem i nabrałam powietrza głęboko w płuca. Z duszą na ramieniu nacisnęłam klamkę. Drzwi ustąpiły gładko i powoli same zaczęły się otwierać.
– Jesteś pewna, że zamknęłaś? – Popatrzył na mnie poważnie, a kiedy skinęłam głową odsunął mnie delikatnie na bok. – Zostań tu – rozkazał krótko.
Wszedł powoli i bardzo cicho. Starał się nie dotykać niczego i robić dokładnie tyle kroków, ile było to konieczne. Odczekałam chwilę i weszłam za nim. Wszystko zdawało się być w porządku i wyglądało tak, jak przed moim wyjściem, tylko ten specyficzny, ciężkawy, trudny do opisania zapach, który unosił się w całym mieszkaniu świadczył o tym, że jednak coś było nie tak.
CZYTASZ
Szyszka
Ficción GeneralZ powodu skomplikowanej sytuacji rodzinnej, Agata Szyszkowska przenosi się z Warszawy na Śląsk. Choć początki są trudne, na miejscu spotyka pierwszą miłość i zdobywa uznanie trenera drużyny pływackiej. Niestety niedługo dane jest jej cieszyć się sie...
