Czas pędzi.
Wciąż milczę.
Dziś jest dwudziesty października.
Nieprawdopodobne jak szybko minęło te dwadzieścia dni.
Jeszcze tylko trochę, a przeleci miesiąc, od czasu, gdy bezczelnie wtargnąłem do mieszkania Sana.
Od naszej ostatniej, szczerej rozmowy, sytuacja się polepszyła. Widzę, że San stara się panować nad emocjami. Jeszcze przez kilka dni zdarzały się momenty, w których obdarowywał mnie chłodniejszym tonem lub też nieprzyjemnymi spojrzeniami, jednak chwilę później na jego twarzy malowało się poczucie winy, a słowo "przepraszam" wymazywało wszystko, czym zawinił.
To u mnie dość niecodzienne, jestem osobą pamiętliwą, a na moje przebaczenie należy sobie zasłużyć...
Ale to San.
Nie ważne, jak bardzo kurczowo pragnąłbym trzymać się mojej dumy i honoru, świadomość, że po poprzestaniu na jego przeprosiny, będę mógł znów bezkarnie korzystać z danych mi przywilejów naruszania jego osobistej przestrzeni, sprawiała że gdy tylko to jedno słowo padło z jego ust, kiwałem w potwierdzeniu głową, uśmiechając się przy tym jak idiota.
Miłość (czy czymkolwiek jest to tragiczne uczucie) sprawia, że człowiek w jednej chwili potrafi wyzbyć się wszystkich, najważniejszych dla siebie wartości, stając się jednocześnie największym frajerem, stąpającym po tym świecie, z którego w pierwszej kolejności śmiałaby się nasza własna osoba, która jeszcze nie doświadczyła tego cholerstwa.
Gdyby Wooyoung sprzed roku przyjrzał się wszystkim moim obecnym poczynaniom, zapewne przybiłby mi solidną piątkę.
W twarz.
Prawdopodobnie krzesłem.
Wracając, teraz San był już całkowicie moim dawnym Sanem, tym który dawał mi ciepło i ukojenie zawsze, gdy tego potrzebowałem. Dopiero teraz, po dobrych dwóch tygodniach mogę powiedzieć, że osiągnąłem swój cel.
Cierpliwość, parę gorzkich słów, wylanych łez i wszystko zakończyło się tymczasowym happy end'em. Bo nic w życiu nie jest permanentne, zapewne gdzieś za rogiem już czekają na mnie kolejne, większe i mniejsze kłody, ale po co przejmować się nimi teraz, skoro można napawać się chwilą przyjemnego spokoju.
Mam na co dzień mojego Sana, tego samego, który stopniowo przywracał mi wiarę w życie przez ostatnie kilka miesięcy, o to chodziło.
Tego chciałem i to mam.
Lady i ja również powoli schodzimy ze ścieżki niewypowiedzianej wojny. Kotka zbliża się do mnie sama z siebie, wypatrując aż poczęstuję ją czymś dobrym, choć zważając na fakt, iż sam niczego nie jem, nie może oczekiwać za wiele. Parę razy zdarzyło się też tak, że wskoczyła na moje kolana, gdy przesiadywałem na kanapie, co sprawiało, że kolejną godzinę spędzałem w jednej, często niewygodnej pozycji, nie chcąc spłoszyć zwierzaka.
Żałosne? Możliwe, jednak ze względu na to, że w ciągu dnia niewiele czeka na mnie obowiązków, mogłem od czasu do czasu pozwalać sobie na takie marnotrawstwo jakże cennych minut z mojego życia.
Zaczynam ją lubić, mimo że ewidentnie w naszej relacji to ona wyznacza wszelkie zasady.
Zgadza się, na ten moment podporządkowuję się już nawet kotu.
Czy to już dno, którego ostatecznie miałem sięgnąć? Widocznie tak, bo wreszcie czuję, że mam od czego się odepchnąć.
Powolutku płynę w górę.
CZYTASZ
Amicus Ad Aras | woosan
FanfictionWciąż milczę. Pogrążony w milczeniu Wooyoung zaczyna dostrzegać w życiu sens. Tym sensem staje się dla niego Choi San - z pozoru prosty student medycyny, który okazał się być dla Junga kimś znacznie więcej niż tylko zwykłym opiekunem. Urocze dołeczk...
