Dwudziesty grudnia.
Środa.
Czuję się źle od samego poranka. Ledwo otworzyłem powieki, a okropny niepokój zaatakował moje ciało. Nie sądziłem, że będzie tak źle.
Ale jednak to nic przyjemnego. Wręcz przeciwnie. Czuję ból, którego nie potrafię zdefiniować.
Minął rok. Już, a może dopiero. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób się na to patrzy.
Rok.
To niby szmat czasu, ale jednak mam wrażenie, że minął aż nazbyt szybko. Nic w sumie dziwnego, straciłem z niego całe cztery miesiące, będąc pogrążonym w głębokim śnie.
Wybudzenie się z niego, w nie swoim łóżku, będąc otoczonym obcym, acz tak intensywnym zapachem i co najgorsze, mając w pamięci dziurę, która w żaden sposób nie pozwalała myślom doprowadzić do poznania przyczyny stanu, w którym się znajdowałem.
Oskarżenia. One były pierwszym, co spłynęło na mnie po powrocie do świadomości.
Nie było matki, nie było Youngmi, byli za to policjanci.
Narkotyki? Przecież nigdy ich nie brałem.
Wystawiony mi przed nos papier jasno jednak wykazywał, że byłem w błędzie, choć nie miałem o tym pojęcia. Przedawkowanie.
Czułem się jakby sytuacja, która ewidentnie dotyczyła mnie, działa się tak naprawdę gdzieś obok. A może obudziłem się nie w swoim ciele?
Irracjonalne myślenie na tamten moment nie wydawało się być aż tak bardzo oderwane od rzeczywistości. Bo jak wytłumaczy to samemu sobie inaczej?
Chciałem zaprzeczyć wszelkim zarzutom, ale nie mogłem. Dziwna blokada sprawiła, że nie potrafiłem otworzyć ust.
Dotknąłem własnej twarzy, lecz nie było na niej nic, co blokowałoby mi możliwość mowy. To, co odpowiadało za ten stan rzeczy było niewidzialne.
Strach.
Na dobrą sprawę towarzyszy nam w ciągu całego naszego życia. Dzieci obawiają się potworów spod łóżka, dorośli konsekwencji podejmowanych działań, a starzy tego, w jaki sposób odejdą z tego świata w ramiona czegoś, co równie niewiadome.
To codzienny kompan, jednak niekiedy potrafi przybrać prawdziwie bolesne oblicze.
Strach zadawał mi nagłe, acz niesamowicie silne ciosy za każdym razem, gdy choć przez myśl przeszło mi, by wypowiedzieć słowo.
Nie rozumiałem dlaczego, to było jeszcze gorsze.
Z czasem nie było lepiej. Moja matka, Youngmi, wszyscy patrzyli na mnie, jakbym był czemuś winien. A ja sam nie wiedziałem, czy może faktycznie tak nie jest.
Wróciłem do domu, ale krzywe spojrzenia pozostały. Niechęć, odraza. Z mojej strony niezrozumienie. Nagle nie było nikogo prócz mojej matki i Youngmi, żaden ze znajomych nie interesował się moją osobą. Gdzie oni się nagle podziali? Przecież było ich tylu...
Bałem się.
Desperacko pragnąłem myślami dotrzeć do ukrytej we wspomnieniach prawdy, za co strach wymierzał mi kolejne ciosy.
Nieustannie wmawiano mi rzeczy, w które nie chciałem wierzyć. Nie potrafiłem tego zrobić. Przecież nie mógłbym...dlaczego miałbym?
Czarny tusz na białym papierze mówił jasno, ale jemu też nie chciałem wierzyć.
Początkowa desperacja z czasem przerodziła się w bezsilność. Negatywne emocje z każdej strony, brak ciepła i najmniejszego wsparcia, wszystko sprawiło, że nie miałem ochoty walczyć. Bo nie miałam o co i dla kogo.
CZYTASZ
Amicus Ad Aras | woosan
FanfictionWciąż milczę. Pogrążony w milczeniu Wooyoung zaczyna dostrzegać w życiu sens. Tym sensem staje się dla niego Choi San - z pozoru prosty student medycyny, który okazał się być dla Junga kimś znacznie więcej niż tylko zwykłym opiekunem. Urocze dołeczk...
