Dziś jest sobota.
Dwudziesty ósmy października.
Wciąż milczę.
Poprzedni weekend był miły. Pogoda dopisywała, a więc San chciał wykorzystać to w pełni. W sobotę zabrał mnie na długi spacer do parku, a w niedzielę odwiedziliśmy lodziarnię, znajdującą się w okolicy mojego rodzinnego domu.
Pustka, jaką czułem w sercu, gdy tylko zjawiliśmy się w tamtej okolicy, utwierdzała mnie w przekonaniu, że nie mam po co tam wracać. Prócz starego Jacka, nie było tam niczego, do czego mógłbym chcieć wrócić.
Zakłamana matka?
Bipolarna siostra?
Obie niemal doprowadziły do mojej śmierci.
Alison?
Ona tam tylko pracowała.
Przede wszystkim nie było tam Sana. San jest tutaj, ze mną. Po co więc miałbym chcieć wracać tam, gdzie go nie ma?
Tak jest dobrze.
Choi przez te dwa dni poświęcał mi bardzo dużo uwagi. Rozmawiał ze mną na nawet najbardziej błahe tematy, co sprawiało wrażenie, jakby w ten sposób chciał nadrobić te pierwsze tygodnie, w których konwersacje między nami były raczej zjawiskiem rzadkim.
Tak przynajmniej sądziłem, jednak ostateczny powód, dla którego San tak bardzo starał się, by ten weekend minął nam w miłej atmosferze, uderzył we mnie już pierwszego dnia tuż po nim.
W ostatnim tygodniu brunet miał naprawdę dużo rzeczy na głowie. Musiał oddać kilka projektów czy wypracowań, a w międzyczasie czekały na niego dwa kolokwia z zakresu, którego nazwy nie potrafię nawet wymówić. Większość czasu siłą rzeczy spędzałem więc samotnie, nie chcąc mu przeszkadzać, poza tym siedzenie i gapienie się w jego plecy, gdy ten nie odrywa wzroku od pozaznaczanych kolorowym zakreślaczem kartek, nie należało do najbardziej pasjonujących aktywności, nawet jeśli to wciąż był San, a jego plecy były naprawdę ładne.
Zostałem skazany na towarzystwo puszystej Lady, która wreszcie, po kilku tygodniach dzielenia wspólnej przestrzeni i dokarmiania w tajemnicy przed jej właścicielem rozmaitymi smaczkami, przekonała się do mnie na tyle, by układać się w pobliżu mojej skromnej osoby na taką odległość, bym mógł sięgnąć do niej dłonią. Oczywiście bez przesady, o podnoszeniu na ręce lub wkładaniu na kolana dalej nie było mowy, jednak sądzę, że wszystko idzie w dobrym kierunku.
Cierpliwość.
Cierpliwość to słowo kluczowe w mojej egzystencji.
W środę Yeosang zlitował się nade mną. Stało się to kiedy oczekiwaliśmy przyjazdu Sana, a on rozpoczął ze mną rozmowę, w trakcie której wyjawiłem mu, iż ten tydzień mija mi pod znakiem osamotnienia i ewentualnego towarzystwa puchatego stworzenia, za którym swoją drogą Yeo niekoniecznie przepadał. Zadzwonił wtedy do Sana, informując by ten nie spieszył się z odebraniem mnie, a zajął się własnymi sprawami, podczas gdy Yeosang weźmie mnie pod opiekę.
To oczywiście miało swoje ograniczenia, gdyż wciąż musiałem przyjmować kroplówkę, a więc prędzej czy później, Kang odwoził mnie do mieszkania swojego przyjaciela, jednak nie zostawiał mnie w nim samotnie, a poświęcał swój czas na zapewnianie mi towarzystwa.
To było dość miłe, gdyż mogłem dostrzec szczerość w jego zamiarach.
To dalej jest dla mnie nowe, ale staram się uczyć dostrzegać te małe rzeczy, które pozwalają na odróżnienie fałszu od prawdy.
Yeosang bardzo starał się poznać mnie przez te wszystkie dni, które w większości spędziliśmy razem. Wypytywał mnie o zainteresowania w zakresie literatury, kina, o hobby i ulubionych wykonawców muzycznych. Doszło nawet do tego, że sam z siebie opowiedziałem mu o wypadku.
CZYTASZ
Amicus Ad Aras | woosan
FanfictionWciąż milczę. Pogrążony w milczeniu Wooyoung zaczyna dostrzegać w życiu sens. Tym sensem staje się dla niego Choi San - z pozoru prosty student medycyny, który okazał się być dla Junga kimś znacznie więcej niż tylko zwykłym opiekunem. Urocze dołeczk...
