Wciąż milczę.
Dziś jest dziewiętnasty stycznia.
Piątek.
Przez ostatni tydzień...walczyłem.
Tak to chyba mogę określić.
Starałem się wypowiadać choćby te krótkie pojedyncze słówka, jak "tak", "nie", "San". Ze szczególnym naciskiem na to ostatnie z nich.
San...
San...
Wypowiedziane głośno brzmi to lepiej niż w mojej głowie.
Uśmiech, który gościł wtedy na twarzy bruneta był najlepszą nagrodą, a zarazem ogromną motywacją do dalszych prób. Mogłem w nim dostrzec prawdziwą szczerość, dumę. San niekiedy sprawiał wrażenie, jakby dosłownie rozpływał się za każdym razem, gdy cichy jednosylabowiec opuścił moje usta.
Jego wzrok łagodniał, a kąciki ust samoistnie wędrowały w górę.
To było dość urocze.
Ale...
Ponowne wprawienie strun głosowych w ruch nie należało do najprostszych i najprzyjemniejszych zadań. Nie mogę w tym przypadku przyrównać się nawet do dzieci i ich stopniowej nauki tworzenia zdań, gdyż one swoje gardła przygotowywały do tego procesu już w pierwszym dniu życia poprzez rozdzierający głowę wrzask (swoją drogą jest to chyba najszczersza reakcja, jaką może wydać z siebie mały człowiek po wypchnięciu go na ten zepsuty świat bez wcześniejszego zapytania o jego zgodę).
Ja przez ostatni rok nie mówiłem nic.
Wciąż milczałem.
I wciąż w większości milczę.
Niestety ponowna próba mówienia w połączeniu z niesamowicie ostrym mrozem, jaki zaatakował niemal całą Koreę Południową w tym tygodniu do tego stopnia, że przez jego połowę San został zwolniony z zajęć uniwersyteckich, sprawiły, że moje gardło szybko uległo przeciążeniu, a rozległe zapalenie strun głosowych znów zmusiło mnie do zachowania ciszy.
Choroba posiadała pewne plusy. Choćby te w postaci zintensyfikowanej atencji i opieki ze strony Choi Sana, który doprawdy mocno przejął się moim stanem. Co najmniej kilkanaście razy dziennie potrafił wypytywać o moje samopoczucie, bez przerwy spoglądał na mnie z troską i brał mnie w objęcia, gdy tylko dostrzegł na mojej twarzy grymas bólu.
Co rzecz jasna wykorzystywałem na swoją korzyść, nadużywając nieco pełnego dyskomfortu wyrazu.
San podszedł do sytuacji z pełnym profesjonalizmem i powagą, o danych porach dokładając do przyjmowanej przeze mnie kroplówki lekarstwa w formie płynnej. Co to dokładnie było? Nie mam pojęcia. Ufam Sanowi na tyle, by mieć pewność, że chcący lub niechcący, nie zrobiłby niczego, co zagroziłoby mojemu życiu. Pomijając samą troskę o moją osobę, w grę wchodzi w końcu również odpowiedzialność karna.
Wciąż milczę.
Ale tym razem nie z własnej winy.
Przynajmniej połowicznie.
Dziś jest piątek, a kolega z grupy studenckiej Sana obchodzi urodziny, o czym brunet zapowiedział mi już kilka dni naprzód, przygotowując do swojej nieobecności. Wraz z mijającymi dobami coraz bardziej się jednak wahał, nie chcą zostawiać mnie w domu samego wciąż w niedoskonałym fizjologicznie stanie.
Liczył na to, że moja choroba przeminie prędzej.
Jemu jednak również coś należało się od życia, prawda?
CZYTASZ
Amicus Ad Aras | woosan
FanfictionWciąż milczę. Pogrążony w milczeniu Wooyoung zaczyna dostrzegać w życiu sens. Tym sensem staje się dla niego Choi San - z pozoru prosty student medycyny, który okazał się być dla Junga kimś znacznie więcej niż tylko zwykłym opiekunem. Urocze dołeczk...
