rozdział VII

544 38 51
                                        

Dziś dziewiętnasty listopada.

Obudziłem się pierwszy.

Wciąż milczę.

Zegar na ekranie mojego telefonu, którego bateria była już na mocnym wyczerpaniu, wskazywał iż do godziny dziewiątej pozostało jeszcze ponad dwadzieścia minut.

Minęło więc całe osiem godzin od wielkiej (w pewnym sensie) tragedii, jaka wydarzyła się po powrocie Sana z urodzinowej imprezy.

To pierwszy raz odkąd zamieszkałem u niego, gdy sam z własnej nieprzymuszonej woli postanowiłem spędzić noc samotnie, w moim własnym pokoju. Mimo iż brunet pogrążony był w całkowitym śnie, podczas gdy ja wyzbyty już z wszelkich oznak popełnionego grzechu, opuściłem łazienkę, to wolałem nie ryzykować ewentualnymi, niechcianymi incydentami.

Lub pewnie nie w ten sposób powinienem to określić, gdyż przynajmniej z mojej strony może i było to chciane, ale widmo konsekwencji zdecydowanie przewyższało jakkolwiek przyjemne korzyści.

Jeden raz wystarczył, to i tak zdecydowanie za dużo.

Powinienem bardziej się pilnować.

W domu było cicho, aż przerażająco. Dochodziła jednak godzina dziewiąta, a więc już za chwilę puchata Lady rozpocznie swoją poranną symfonię głodowej agonii, czym prawdopodobnie wyrwie ze snu swojego właściciela.

Tego natomiast wolałbym uniknąć, tym samym odwlekając nasze spotkanie najdłużej jak się tylko da.

Wciąż mam nadzieję. Oh, cholernie ogromną nadzieję, że może San poprzedniego wieczoru był aż tak pijany, iż dziś nie będzie pamiętał absolutnie niczego, a wtedy ja wcisnę mu bajkę o tym, że po powrocie do domu od razu padł do łóżka i pogrążył się w głębokim śnie.

Moja desperacja sięga już tak wysokiego poziomu, iż modliłem się o taki scenariusz tuż przed snem.

Jedna zła decyzja, poniesienie przez emocje i odczucia, których skrycie pragnąłem może teraz znów doprowadzić mnie do punktu wyjścia, do tego, co San oferował mi w pierwsze dni po mojej przeprowadzce.

Chłód, niechęć, pewnego rodzaju odraza.

Nie chcę nawet o tym myśleć.

To był błąd. Ogromny błąd, którego nie powinienem był popełniać.

Podniosłem się z łóżka powoli, by wyciągnąć z szafy pierwsze lepsze ubrania. Zmierzając do łazienki mogłem już dostrzec Lady, która krążyła w pobliżu swojej metalowej miseczki, wyraźnie dając mi do zrozumienia, iż oczekuje mojej obsługi.

Tak też było zaraz po tym, jak zmieniłem swoje odzienie. Nakarmiłem kotkę, która wdzięcznie ocierała się o moje nogi, a następnie przygotowałem kanapki dla Sana.

Nie miałem pojęcia, czy będzie on w nastroju do jedzenia lub czy może będzie miał ochotę wziąć do ust coś, co przygotowałem właśnie ja, jednak liczyłem, że spojrzy na ten miły gest łaskawym okiem.

Przyszykowane śniadanie odłożyłem na stół w salonie, przykrywając miseczką, by wygłodniała kotka się do niego nie dorwała i sam udałem się do mojego pokoju, w celu przygotowania własnego "posiłku".

Nie wiem kiedy San ma zamiar wstać, a nie będę go budzić tylko po to, by zaaplikował mi kroplówkę, szczególnie że potrafię już zrobić to samodzielnie.

Pragnę uniknąć konfrontacji z nim tak długo, jak to jest tylko możliwe.

Choć w prawdzie rzeczy może nie o to do końca chodzi, bo w moim nastawieniu przecież nic się nie zmieniło. Dalej chcę być jak najbliżej niego, dalej chcę dzielić z nim każdą chwilę, może tylko odrobinę walcząc z początkowym zażenowaniem. To, czego tak naprawdę skrycie pragnę, to by San puścił wszystko w zapomnienie.

Amicus Ad Aras | woosanOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz