rozdział XVII

270 29 44
                                        

Ósmy lutego.

Piątek.

Minęły ponad dwa tygodnie odkąd San oznajmił mi, że moja matka zrezygnowała z dalszego opłacania mojego leczenia.

Swoją drogą cóż za prawdziwie matczyny i miłosierny akt z jej strony. Jestem pewien, że zapytanie o moje samopoczucie było jedynie formą okazania jej resztki kultury, którą wyciąga zawsze przed ludźmi, których szanuje.

A chcąc nie chcąc, San jest właśnie taką osobą.

Albo zwyczajnie stwierdziła, że głupio by wyglądała, nie wykazując chociaż cząstki zainteresowania własnym synem.

Zabawne. Jeszcze kilka lat wstecz prawdopodobnie nie odstąpiłaby mnie na krok. Zarówno ja, jak i Youngmi byliśmy "jej największymi skarbami" - tak miała w zwyczaju nas nazywać.

Wszystko zmieniło się sześć lat temu, gdy ja miałem dziewiętnaście lat, a Youngmi wchodziła w pełnoletność. Wtedy ojciec spakował swoje rzeczy i wyprowadził się, pozostawiając lipne wyjaśnienia w postaci słów "niekiedy tak jest lepiej".

Wtedy uważałem, że to niewystarczające, lecz teraz, myśląc o tym uważam, że właściwie to obrazowało idealnie powód jego odejścia.

Jeszcze rok temu śmiałem twierdzić, że przed odejściem ojca wszystko było w porządku, że tworzyliśmy na pozór szczęśliwą rodzinę. Pozór - to jest istotne słowo, gdyż matka i ojciec pozorowali tę normalność przede mną, Youngmi i wszystkimi innymi. Wtedy jednak mój nastoletni umysł miał ważniejsze sprawy do roztrząsania - przyjaciele, szkoła, imprezy, zabawa, w jakimkolwiek tego słowa znaczeniu. Kłócący się rodzice byli gdzieś na końcu tej listy zmartwień.

Podczas tej trwającej już niemal dwa lata rekonwalescencji miałem sporo czasu, by rozmyślać nad wszystkim.

Teraz mogę śmiało stwierdzić, że gdy ojciec był w pobliżu wcale nie było lepiej. Był jedynie ten pozór. Mimo niego wciąż musiałem zajmować się Youngmi, gdy matka i ojciec pracowali, miałem jedynie nieco mniej obowiązków domowych. Po odejściu ojca zdecydowanie ich przybyło.

Całkiem możliwe, że wyidealizowałem jego osobę nieco za bardzo, tylko dlatego, że zniknął. Co więcej, pragnąłem nawet podążyć za nim, podczas gdy on nie odwiedził mnie nawet raz odkąd wylądowałem w szpitalu, a następnie gniłem przykuty do łóżka w starym pokoju.

Teraz, gdy o tym myślę, brzmi to co najmniej żałośnie.

Nie bronię oczywiście tym samym matki. Można by rzec, że zwyczajnie doszedłem do momentu, w którym postawiłem ich na równym poziomie. Oboje są mi tak samo niepotrzebni.  

Nie ważne. Nie ma co tracić słów na osoby tego pokroju.

San. San jest mi potrzebny.

Minęły ponad dwa tygodnie odkąd San oznajmił mi, że moja matka zrezygnowała z opłacania mojego leczenia , minęły więc też ponad dwa tygodnie odkąd San podjął się dodatkowej pracy w pobliskiej klinice. Teraz więc nie tylko tydzień roboczy ma zajęty przez studia i staż, ale i weekendy.

W sumie to wciska sobie dodatkowe godziny pracy wszędzie, gdzie tylko jest w stanie. Przez to natomiast ma zdecydowanie za mało czasu dla mnie.

To frustrujące.

Rozumiem jego poczucie odpowiedzialności i konieczność zarabiania środków dla utrzymania naszych trzech gęb, ale nie zamierzam ukrywać, że brakuje mi jego obecności.

No i jest mi go żal.

Cholernie.

Pracuje i uczy się na przemian non stop, a do tego dokłada wszelkich starań, by zadbać o mnie. O tyle dobrze, że prócz uczęszczania na kontrolne wizyty, nie potrzebuję już jego pomocy w niczym konkretnym.

Amicus Ad Aras | woosanOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz