Rozdział XVIII

272 26 41
                                        

Dziś wtorek.

Dwunasty lutego.

Zostały tylko dwa dni do najbardziej badziewnego święta, jakie mogło tylko zaistnieć w kalendarzu.

Dzień poświęcony pamięci wielkodusznego, buntowniczego w imię miłości biskupa imieniem Walenty.

Walentynki.

Za jego piękne nieposłuszeństwo, każdego roku czternastego lutego świat bełta kolczastymi różami, czekoladowymi pralinami oraz użytymi lub nie kondomami. Wszystko okazuje się po dziewięciu miesiącach.

Ci bardziej ambitni, zagłębiając się nieco bardziej, kuszą się nawet na spełnianie skrytych marzeń drugiej połówki.

Jedni dostają soczyste pocałunki, inni zapijają otrzymanego kosza, dosładzając sobie wspomnianymi wcześniej łakociami. Nic nie powinno się zmarnować.

Walentynki, niczym najprawdziwszy odpowiednik badziewności i beznadziejności.

A co jest jeszcze bardziej badziewne?

Że wyczekuję ich jak największy idiota, nie mogąc się doczekać, by wręczyć Sanowi prezent, jaki dla niego wybrałem, wzdrygając się z obrzydzeniem po każdym napadzie niekontrolowanej ekscytacji.

Z pomocą zdobycia podarku przyszedł mi Yeosang, który z cierpiętniczym westchnieniem zgodził się, byśmy dnia poprzedniego, w poniedziałek zamiast na trening, wybrali się na zakupy.

Szalone, prawda? Miłość to choroba gorsza od najwstrętniejszych utrapień tego świata. Pcha do rzeczy, których nigdy przez myśl nie przeszłoby zrobienie, wciska do głowy myśli, które dotąd nie miały w niej najmniejszej racji bytu.

Prawie jak ten pasożyt pulsujący w ślimaczanych oczach, zmuszający biedne mięczaki do wystawiania się na pożarcie przez głodne ptaki w akcie wymuszonego samobójstwa.

Zapadło mi to w pamięć szczególnie po jednej z lekcji biologii. Właściwie jest to jedna z nielicznych rzeczy, jakie wyniosłem z tych zajęć, choć może nie ma się czym chwalić.

Wracając do ślimaka.

Ja również tak właśnie się czułem, podejmując tę spontaniczną decyzję w niedzielny wieczór, z chrapiącym obok na kanapie Sanem. Mieliśmy obejrzeć razem film, jednak przez natłok obowiązków i niewystarczający zapas godzin w tygodniu Sana, ten nie wytrzymał nawet połowy.

Nic szczególnego nie stracił, wręcz przeciwnie. Tym razem to ja odpowiedzialny byłem za wybór seansu, który okazał się być totalną klapą, więc dobrze się stało. Nie musiałem przyznawać przed Sanem swojej porażki.

Spoglądając na drzemiącego u mego boku Sana, jak to zwykle bywało, począłem błądzić w myślach. Nie pozwolił mi pracować, nie oczekiwał też żadnego innego rodzaju wsparcia prócz tego, co już robiłem, jednak ja wciąż miałem poczucie, iż jest to co najmniej niewystarczające. Jeżeli nie jestem w stanie odciążyć go w codziennych obowiązkach, w jaki inny sposób mógłbym sprawić mu przyjemność?

Powiadomienie z jednej z drogeryjnych aplikacji, jakie w tamtej chwili rozświetliło ekran mojego telefonu, informując o nadchodzących walentynkowych promocjach, okazało się być odpowiedzią, której szukałem.

Normalnie bym tego nie zrobił. Bo po co? Wśród ludzi nie czuję się komfortowo, świat zewnętrzy nie zdaje się być dla mnie bezpieczny, gdy obok nie ma Sana, a od zawsze byłem osobą wyznającą zasadę - jeżeli stres nie jest konieczny, oszczędźmy go sobie.

Z takim nastawieniem żyłem dotąd, ze stresem trzymanym na odległość, jaką sam wyznaczyłem. A teraz?

Oto ja, wystawiający się na jego bezpośrednie pożarcie tylko po to, by sprawić przyjemność osobie, na której szczerze mi zależy. W dniu, którego każdego roku wcześniej mogłoby nie być w kalendarzu, a nawet bym tego nie spostrzegł.

Amicus Ad Aras | woosanOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz