Jest dziesiąty listopada.
Piątek.
Wciąż milczę.
Ze względu na jakieś dziwne zawirowania na uczeni, San ma dziś wolne.
Muszę przyznać, że lubię takie dni.
To chyba oczywiste.
Nie zrywa się z łóżka na ostatnią chwilę, budząc mnie przy tym, nie robi naokoło zbędnego hałasu, klnąc pod nosem na własną niezdarność, nie wybiega z domu głodny, gdyż na śniadanie ostatnio nie znajduje czasu.
Wręcz przeciwnie.
Śpi teraz spokojnie z odprężoną twarzą i niezmarszczonymi brwiami.
Mam go przy sobie i dla siebie, a dodatkowym plusem jest to, że dzięki wygranemu wieczór wcześniej zakładowi na temat tego, że sierść niedźwiedzi polarnych wcale nie jest biała, tylko transparentna, miałem ten przywilej spania z nim w jednym łóżku.
Prawie codzienne oglądanie programów przyrodniczych na coś się w końcu zdało.
Chwilę wcześniej ściągnąłem jego ramię ze swojego pasa, nie dlatego, że było to nieprzyjemne, a po to, by poszerzyć swój zakres widzenia. Odsunąłem się nieznacznie, tak aby w zasięgu wzroku mieć całą jego twarz.
Bardzo przystojną, pogrążoną we śnie twarz.
Kilka z kosmyków niesfornie roztrzepanych włosów zwisało nad zamkniętymi powiekami, a ja nie mogłem im na to pozwolić.
Odgarnąłem je delikatnie z jego czoła, a on poruszył się nieznacznie na prawdopodobnie łaskoczące uczucie.
Uśmiech sam cisnął mi się na usta.
Te kilka minut mogłoby trwać wiecznie, ale nie zamierzałem ryzykować tego, że brunet mógłby zbudzić się nagle, psując plan na poranek, jaki ułożyłem we własnej głowie zanim jeszcze położyłem się spać.
Powoli, nie spiesząc się wcale i to zarówno przez fakt, że moja koordynacja wciąż była kiepska, jak i przez to, że niekoniecznie miałem ochotę opuszczać ciepłe łóżko, wygramoliłem się z niego.
Podniosłem się do pionu, przystając na chwilę w miejscu, by złapać całkiem równowagę, tak jak zawsze instruował mnie Yeosang. Nagły upadek z pewnością zbudziłby Sana ze snu, a tego chciałem uniknąć. Osiągając stabilność, uniosłem ręce, zaczesałem przydługie włosy w tył, oplatając je gumką i postawiłem pierwszy krok.
Chodzenie jest trudne.
Szczególnie w takiej sytuacji.
Uważam na każdy krok, pilnując by kolana nie ugięły się pode mną, dodatkowo starając się nie narobić nawet najmniejszego hałasu.
Z pomocą Yeosanga przez ostatnie dziesięć dni nabrałem sporej wprawy w chodzeniu, a kule, których niekiedy wciąż musiałem używać do podparcia się, najczęściej mi już zawadzały.
Yeosang obiecał Sanowi, że postawi mnie na nogi i faktycznie to zrobił. Wciąż jednak odbywamy nasze sesje rehabilitacyjne, na których przede wszystkim ćwiczę siłę mięśni nóg oraz to, bym nie przemieszczał się jak połamany starzec w żółwim tempie.
Podczas naszego ostatniego spotkania Kang stwierdził, że za miesiąc wspólnie pobiegniemy maraton, na który on sam już jest zapisany, ale staram się nie brać jego dziwnych, szalonych i nieco przerażających pomysłów na serio.
A ostatnimi czasy bardzo wiele takowych rodzi się w jego głowie.
Wypuściłem wstrzymywane w płucach powietrze dopiero będąc poza pokojem, gdy zamknąłem za sobą drzwi z cichym kliknięciem. Odczekałem chwilę, mając nadzieję, że i ono nie było w stanie zaburzyć snu bruneta.
CZYTASZ
Amicus Ad Aras | woosan
FanfictionWciąż milczę. Pogrążony w milczeniu Wooyoung zaczyna dostrzegać w życiu sens. Tym sensem staje się dla niego Choi San - z pozoru prosty student medycyny, który okazał się być dla Junga kimś znacznie więcej niż tylko zwykłym opiekunem. Urocze dołeczk...
