rozdział VIII

505 43 39
                                        

Dziś jest dwudziesty szósty listopada.

Pochmurna niedziela to dzień rocznicy mojego feralnego pojawienia się na tym świecie.

W skrócie, moje urodziny.

Nigdy szczególnie nie świętowałem tego dnia, a gdy ktoś nie miał o nim pojęcia, pozostawiałem go w tej niewiedzy, nie widząc powodu do chwalenia się tym.

Miałem tych kilku lepszych znajomych, wśród nich był Taesoo, a później Hyunsik, zwykle to z nimi spędzałem ten dzień, spotykając się na symboliczną butelkę soju, nic więcej. Nie przepadam za ciastami, a więc tort był mi zbędny.

Ale tak, jak od czasu wypadku zmieniłem się ja, tak zmieniło się i wszystko.

Nie ma mojej matki, która na śniadanie przygotowywała zupę z wodorostów, nie ma Youngmi, która życzyła mi wszystkiego, co najlepsze, zaznaczając przy tym, że wciąż mnie nie lubi, nie ma Taesoo i permanentnie nie ma już w moim życiu Hyunsika.

Jest za to San, facet który po stokroć zastępuje wszystko, co powyższe.

Od zeszłego tygodnia nie poruszyliśmy już ani razu tematu sobotniego zajścia. San żyje w przekonaniu, iż chwila uniesienia była wytworem jego sennej wyobraźni, natomiast ja dołożyłem wszelkich starań, by wymazać wszystkie niepoprawne obrazy, dźwięki i odczucia z moich wspomnień, trzymając się twardo tego, iż żadne z powyższych nie powinno mieć miejsca.

Przynajmniej to właśnie wmawiam mojemu własnemu ego.

I jest dobrze.

Czyli bez zmian. Czyli tak jak powinno.

Wciąż mogę naruszać przestrzeń osobistą Sana, a on wciąż mi na to pozwala.

I wciąż milczę.

Wszystko na swoim miejscu.

Zegarek na wyświetlaczu mojego telefonu informuje mnie, że jest już godzina dziewiąta, a ściślej czternaście minut po niej.

Ze względu na to, iż dziś są moje urodziny, San zgodził się, bym poprzedniej nocy spał razem z nim. Obudzenie się obok niego to najlepszy prezent, jaki mógłbym dostać.

Ale niestety jego nie ma już w łóżku.

Miejsce obok jest puste, a kołdra zasunięta.

Nie ma znaku, jakoby w ogóle spędził tu noc.

Nie słyszę też natarczywego mruczenia Lady, co każe mi sądzić, że San już obsłużył ją tą obrzydliwie śmierdzącą karmą.

Słyszę jak krząta się gdzieś w okolicy kuchni, ale skoro kotka dostała już swój posiłek, ja nie musze zrywać się jeszcze z łóżka.

Tu jest przyjemnie.

Ciepło, wygodnie, a zewsząd otacza mnie woń tak charakterystyczna dla Sana.

Ciche pukanie o powłokę drzwi rozległo się w pokoju i z pewnością nie była to sprawka Lady, która wraz z ich lekkim uchyleniem, wślizgnęła się do pomieszczenia, od razu zajmując miejsce na łóżku.

Zaraz za nią wszedł San, jednak jego kroki były powolne. Zerknął najpierw zza progu i dopiero, gdy podłapał moje spojrzenie, na jego ustach rozciągnął się uśmiech i wkroczył do środka całym sobą.

W dłoniach trzymał niewielkich rozmiarów, okrągły torcik, na samym jego środku znajdowała się pojedyncza świeczuszka z płonącym już knotem.

San podszedł do łóżka i przysiadł na jego brzegu, dbając o to, by przypadkiem nie przydusić puszystego ogona Lady.

Amicus Ad Aras | woosanOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz