Rozdział XIX

321 27 40
                                        

Czwartek.

Czternasty lutego.

Minęły dwa dni.

Dwa cholerne dni, a ja czuję jakbym za moment miał eksplodować z czystej furii. A dlaczego? Z powodu irytującej Yerin i jeszcze bardziej frustrującego Sana, który wielki problem zdaje się dostrzegać w wyraźnym powiedzeniu tej natarczywej małpie "idź do piekła".

Ja nie twierdzę, że ma jej rzucić w twarz torcikiem z koślawym napisem "odwal się", chociaż byłoby to majestatyczne. Nie obraziłbym się jednak wcale, a nawet wręcz przeciwnie, byłbym najszczęśliwszym człowiekiem, stąpającym na tej Ziemi, gdyby San w swoim osobistym "wybacz jeśli cię urażę" stylu, oznajmił owej damie, iż nie zamierza wybierać się z nią dokądkolwiek.

A JUŻ SZCZEGÓLNIE NA WALENTYNKOWĄ RANDKĘ.

Brak jego reakcji insynuował w mojej głowie scenariusz, w którym to San wyrażałby zainteresowanie tym spotkaniem, a może i nawet czymś więcej w proficie.

To wszystko działało mi na nerwy i zapewne też z tego powodu najmniejsze incydenty wprowadzały mnie w stan czystego amoku.

Wszystko było źle. Naczynia niepoprawnie ułożone w szafce, blat nieprzetarty, w telewizji programy nie takie, jak być powinny, San oddycha za głośno, taśma wenflonu odkleja się irytująco, a plącząca się pod nogami Lady niemal prosi się o to, by otrzymać kopa w swój puchaty tyłek.

Dawno już nie byłem tak blisko skraju wytrzymałości.

Wściekłość, frustracja i niemoc sprawiały, że na przemian miałem ochotę wrzeszczeć, dokonać brutalnego mordu lub płakać aż do odwodnienia. Pierwsza z opcji prawdopodobnie doprowadziłaby moje gardło do przeciążenia, w rezultacie wróciłbym do punktu wyjścia. Druga kosztowałaby mnie kilka lat w całkowicie niepasującym do mojej urody stroju, za żelaznymi kratami, daleko od Sana. Trzecia natomiast miałaby jakiś sens, bo gdybym z powodu dehydratacji wylądował w szpitalu, San z pewnością przejąłby się mną na tyle, by zrezygnować z jakiejkolwiek randki.

Ale nie jestem jeszcze aż tak zdesperowany. Chcę, by poświęcił swoją uwagę tylko mi, ale nie poprzez dokładanie mu zmartwień. Przynajmniej nie aż do tego stopnia. Dlatego też jedyne co mi pozostało, to okazywanie mojej głębokiej frustracji w każdym możliwy sposób, przy każdej możliwe okazji, licząc na to, że San wreszcie postanowi poświęcić temu cząstkę swojej uwagi.

Czy póki co osiągnąłem sukces? No nie bardzo, gdyż San zdawał się być absolutnie ślepy i głuchy na moje wyczyny. Uśmiechał się do mnie z tymi uroczymi dołeczkami, obdarzając łagodnym spojrzeniem, jakby co najmniej był szczerze rozczulony moim obecnym stanem.

Jak jakaś głupia matka, pobłażająca swojemu dziecku, które zachowuje się niczym mały diabeł, poklepując go po głowie i powtarzając, jaki to uroczy w swoim demonizmie jest. 

Było to dość żałosne.

Wtorkowy wieczór jeszcze mu podarowałem. Udobruchał mnie jakoś tymi swoimi czułymi gestami i słówkami. Wczoraj było już gorzej, szczególnie, gdy po powrocie z uczelnie nie oznajmił mi, że odrzucił ofertę swojej koleżanki. Zawód i zdenerwowanie już znajdowało się na wysokim poziomie, a spotęgował je fakt, że na pytanie, czy ma zamiar się zgodzić, nie odpowiedział "nie", a "nie wiem".

Nie wiem.

Co to do cholery znaczy "nie wiem"?

To nie było zaproszenie na kumpelski obiad, tylko na walentynkową kolację, tego nie da się nie wiedzieć.

Pewna część mnie domyślała się, co może być grane. San i jego empatia wykraczająca poza granice ziemskiej strefy grawitacyjnej nie dopuszczały do siebie możliwości zranienia uczuć drugiej osoby, poprzez odmowę wspólnego posiłku. Nawet jeżeli tą osobą była nadzwyczaj irytująca lafirynda.

Amicus Ad Aras | woosanOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz