Rozdział XX

585 33 50
                                        

Pocałowałem Sana.

Naprawdę to zrobiłem.

Nie wiem, co w tamtej chwili było dla mnie bardziej zaskakujące - fakt, że zdobyłem się na odwagę przekroczenia tej gigantycznej granicy, nie zważając na możliwą reakcję Sana, czy może fakt, że odnalazłem w sobie tyle samozaparcia, by pokonać blokadę psychiczną, jaka dotąd skutecznie uniemożliwiała mi choćby myśl o zetknięciu moich warg z tymi, należącymi do bruneta.

Cóż, całkiem możliwe, że nieco wyolbrzymiam cały ten incydent.

Nie był to w końcu namiętny, trwający długie minuty, zawierający element wymiany zawartej w ślinie flory bakteryjnej pocałunek, a jedynie całus.

Zwykły buziak, dokładnie tak samo suchy, powierzchowny i żałosny, jak te, przedstawiane przez kdramowych aktorów, odgrywających pierwsze czułe zbliżenie swoich postaci. Moje usta jedynie przycisnęły się do tych, należących do Sana, ale to wystarczyło, by coś z nieprzyjemną siłą wywróciło się w moim żołądku, a na twarz wpłynął rumieniec.

Chwilę zajęło, by dotarła do mnie powaga sytuacji oraz czynności, jaką zaskoczyłem zarówno Sana, jak i samego siebie, gdyż nie był to czyn w pełni przeze mnie kontrolowany. W połowie wywołał go impuls, ten z kolei pchnięty był przez frustrację, a ta zrodziła się z winy Sana.

A więc za ten pocałunek tak naprawdę odpowiedzialny był San.

Gdy już świadomość realiów dotarła do odpowiednich szarych komórek mojego mózgu, odsunąłem się od bruneta z taką samą prędkością, z jaką wcześniej przylgnąłem do jego warg. Powieki rozwarły się szeroko, a źrenice z pewnością rozszerzyły w niedającym się skryć strachu - to mógł potwierdzić jedynie San, z oczywistego powodu.

Jedno było pewne - poirytowanie, jakie dotąd towarzyszyło zarówno mnie, jak i Sanowi, wyparowało całkowicie, ustępując miejsca zdumieniu i dezorientacji. Pomimo tego, iż to ja byłem tym, który owe zbliżenie zainicjował, to również ja właśnie wydawałem się nim bardziej zaskoczony. Mimika Sana, a już tym bardziej jego oczy, nie wyrażały tak silnych emocji, jak moje własne. Nawet w takiej, całkiem niespodziewanej sytuacji, potrafił nad nimi zapanować.

Niesamowite.

Wargi bruneta wciąż były nieco rozchylone, a jego wzrok przemieszczał się po mojej twarzy, zupełnie jakby analizował w ten sposób, zaistniałą moment wcześniej sytuację. Ktoś musiał wreszcie przerwać tę niezręczną ciszę.

Sądziłem, że będę to ja, jednak przygotowując się do otwarcia własnych ust, głos Sana nagle dotarł do moich uszu.

- Myślę, że powinniśmy-

Nie dałem mu dokończyć.

- Nie! - wydarłem się nagle, sprawiając, że śpiąca dotąd na ulubionym fotelu Lady, podskoczyła w miejscu, zaskoczona nagłą pobudką.

Panika nagle zalała moje ciało, gdyż nie po to zezwoliłem spontaniczności przejąć kontrolę i pchnąć sprawy o nie kilka, a kilkanaście kroków dalej, by teraz o tym zapominać.

Bo właśnie o to San miał zamiar poprosić, byłem tego pewien.

"Myślę, że powinniśmy o tym zapomnieć."

Nie, cholera, nie ma takiej opcji.

- Nie zamie...rzam o tym zapo...minać - odparłem stanowczo.

Ekspresja Sana złagodniała nieco, co było dla mnie dość sprzecznym sygnałem.

Litość? Czy tym właśnie była?

- Miałem na myśli-

- Nie - przerwałem mu ponownie.

To już koniec opublikowanych części.

⏰ Ostatnio Aktualizowane: Mar 24 ⏰

Dodaj to dzieło do Biblioteki, aby dostawać powiadomienia o nowych częściach!

Amicus Ad Aras | woosanOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz