rozdział X

586 49 44
                                        

11 grudnia.

Poniedziałek.

Wciąż milczę.

Myślę, że San nie jest tym szczególnie zachwycony, po ostatnim incydencie widocznie bardzo wysoko postawił swoje nadzieje.

Wybacz, ale to nie takie proste.

Staram się iść do przodu, ale powoli.

A propos chodzenia, zaliczyłem parę dni temu bardzo spektakularną glebę, którą San wypominał mi jeszcze przez długi czas. Zapomnieć o niej nie dawała mi też utworzona na kolanach rana, która przy każdym gwałtowniejszym ruchu otwierała się na nowo. Wszystko dzięki puchatej kotce bruneta.

Powoli zaczynam rozumieć frustrację, jaką Kang do niej żywi.

Po tym jak Lady w wielkim pośpiechu zżarła swoje śniadanie, wyłożyła się na łóżku Sana, oddając koniecznej po posiłku kąpieli. Ja natomiast zająłem się zmywaniem naczyń po niedokończonej przez bruneta owsiance.

Może i jestem niemy, ale z pewnością nie głuchy, a odgłos kociego zdławionego czkania jest mi już doskonale znany. Oczami wyobraźni widziałem już całą świeżą, pachnącą pościel pokrytą obrzydliwą łososiową karmą z dodatkiem śliny i kwasów żołądkowych.

Nie chcąc dopuścić do tego scenariusza, złamałem zasadę postawioną mi zarówno przez Sana, jak i Yeosanga i pospieszyłem biegiem do sypialni bruneta.

Lub raczej taki miałem zamiar, jednak szybkie przemieszczanie jednej kończyny przed drugą nie skończyło się dobrze, a moje odziane w krótkie spodenki nogi szybko spotkał się z panelami, po których przejechałem z piskiem.

Z dobrych rzeczy to tyle, że hałas mojej porażki był na tyle potężny, by przerwać nieczysty akt Lady i wypłoszyć ją z pokoju jej właściciela.

Tak więc ostatecznie określiłbym to mianem sukcesu. Satysfakcję ostudził dopiero San, którego srogie spojrzenie było pierwszym niemym komentarzem do całej sytuacji. Pochwalił mnie jednak, że zadbałem o odkażenie i zabezpieczenie ran, a szybkie przeprosiny połączone ze smutnym wyrazem twarzy i wydętymi wargami, załatwiło sprawę.

San też ma do mnie pewną słabość, wiem o tym, nawet jeśli niekiedy bardzo dobrze to ukrywa.

Przez ostatnie dni pisałem trochę z Jongho. Jest naprawdę w porządku. San jest z tego faktu zadowolony, twierdzi, że powinienem otwierać się na nowe znajomości, natomiast Kang krzywi się za każdym razem, gdy choćby wspomnę imię bruneta.

Ewidentnie nacisnął mu na odcisk.

Dziś jest mroźno, wręcz fatalnie. Czułem przebijający się przez okna chłód, gdy tylko odprowadzałem wzrokiem Sana, zmierzającego o godzinie siódmej dwadzieścia do swojego samochodu.

Dziś czeka mnie też ciężki dzień.

Mentalnie ciężki.

Około piętnastej ma po mnie przyjechać Kang, to akurat żadna nowość. Wybierzemy się na rehabilitację, a zaraz po niej San zabiera mnie do lekarza.

To pierwszy raz odkąd zamieszkałem u niego, a w sumie nawet pierwszy raz w ogóle, gdy odwiedzę gabinet doktora Hana. San uznał, że jestem już gotów, by się tam wybrać.

Czy się stresuję?

Całkiem możliwe, że nawet bardzo.

Głównie dlatego, że go nie lubię.

Doktora Hana, rzecz jasna.

Rodzi się we mnie jakaś dziwna i niezwykle silna niechęć, gdy tylko pomyślę o jego twarzy. Sądzę, że swoje podłoże może mieć to w sytuacji, jaka miała miejsce kilka miesięcy temu, gdy starzec winił Sana za mój kiepski stan.

Amicus Ad Aras | woosanOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz