Przez całą noc zastanawiałam się, co też mogło łączyć Warda z Arlenne Powell. Zapewne jakiś niechlubny romans. W końcu Arlenne była niezwykle piękną kobietą. Widziałam ją kiedyś na scenie. Niska, szczupła, o krótkich, falujących blond włosach, rozkosznie stepująca, była ucieleśnieniem tego, co Broadway lat dwudziestych kochał najbardziej. Miała słodki głosik, który przyprawiał połowę jej partnerów o irytację, drugą połowę — o szybsze bicie serca. I chociaż sprawiała wrażenie uroczej trzpiotki, tak naprawdę była perfidną uwodzicielką, która poślubiła jedną z grubych ryb teatralnego półświatka, by zdobywać jak najlepsze role. Od dwóch lat już nie grała.
Na Jamesa, który u jej boku debiutował jakieś siedem lat wcześniej, musiała zadziałać jej słodka uroda. Na większość działała. A jeśli nie uroda, to jej pozycja w świecie teatru. Zapewne uwiódł ją, by móc dzięki jej wpływom zyskiwać dobre role. Tak, to by do niego pasowało.
Dziwiło mnie, że aż tak zajmuje mnie Ward. Tłumaczyłam sobie, że to naturalne, w końcu niegdyś nazywałam go moim idolem, którego obraz roztrzaskał się w drobny mak, miałam z nim grać, ale mimo wszystko... To chyba nie było do końca normalne.
Następnego dnia wstałam z mocnym postanowieniem poznania prawdy. I niedania po sobie poznać, że docinki ze strony Jamesa sprawiają mi przykrość.
Dlaczego w ogóle tak się zachowywał? Podobno był dżentelmenem, a oni tak nie postępują. Chociaż... Może dzisiaj to słowo znaczyło coś innego niż jeszcze pięć lat wcześniej, kiedy żyli moi rodzice. Mój ojciec był prawdziwym przykładem dżentelmena. Wieczorami często wychodził z mamą na przyjęcia, ubrany we frak, z cylindrem na głowie. Wkładał żonie futro na ramiona i otwierał jej drzwi do samochodu. Już dawno nie miałam takiego obrazka przed oczyma. Wobec mnie ojciec również zachowywał się jak na dżentelmena przystało. Traktował mnie niemal tak jak mamę. Otwierał mi drzwi, zawsze odsuwał mi krzesło, prawił komplementy na temat mojego wyglądu...
Marzyłam o tym, by znaleźć takiego mężczyznę, lecz mi się to nie udawało. Mówiłam sobie, że chłopcy w szkole tak nie postępują. W Nowym Jorku na pewno będzie lepiej. I co? Pierwszy młody mężczyzna, którego miałam okazję poznać bliżej, okazał się gburem, który nawet nie raczył mnie powiadomić o godzinie próby. I to na prośbę reżysera!
Myśli pierzchły, kiedy dotarłam do teatru. Nerwowo zerknęłam na wiszący w hallu zegar. Byłam na czas. Szybko pobiegłam do garderoby i zmieniłam ubranie na wygodniejsze. Po chwili byłam już w sali.
W pomieszczeniu pełnym luster próby stały się dużo łatwiejsze. Tego dnia James o dziwo zachowywał się przyzwoicie. Nie był może najmilszy, ale nie traktował mnie jak gorszą od siebie.
Kiedy on ćwiczył partię solową, usiadłam przy uchylonych drzwiach i czekałam na swoją kolej. Kątem oka dostrzegłam w korytarzu członkinię zespołu, która, jak później zauważyłam, zawsze zjawiała się w teatrze przed innymi. Miała co najwyżej trzydzieści lat, lecz była najstarszą z kobiet, które brały udział w partiach tanecznych. Kierowana impulsem, wstałam i skierowałam się w jej stronę.
— Mogę się przysiąść? — zapytałam.
Kobieta spojrzała na mnie swoimi wielkimi, brązowymi oczami. Czaiło się w nich zdziwienie, ale i życzliwość. A przynajmniej takie odniosłam wrażenie.
— Oczywiście. — Skinęła głową, co sprawiło, że jej brązowe loki zabawnie zafalowały.
Zajęłam miejsce obok niej. Tak naprawdę nie wiedziałam, po co to zrobiłam. Nie zdążyłyśmy jeszcze zamienić ze sobą słowa. Ledwo ją kojarzyłam, ale mimo to miałam jakieś dziwne przeczucie, że ta kobieta może mi jakoś pomóc w sprawie Warda i Arlenne.
CZYTASZ
W blasku reflektorów
Historical FictionParyż, rok 1955. Ann King, młoda, ambitna amerykańska dziennikarka dostaje od swojego szefa zlecenie, które może zaważyć na całej jej dalszej karierze. Ma przeprowadzić serię wywiadów z Faye Lloyd, przyjaciółką swojego wydawcy. Faye, niegdyś wielka...
