Zaczynamy Jaskrem, kończymy rozdział Geraltem 😉
(Jaskier)
Jak tylko znaleźliśmy się w gospodzie od razu każdy z nas zamówił posiłek. Już myślałem, że znowu zatopię się w mojej ukochanej, ale okrutny wiedźmin odebrał mi po raz kolejny te podniosłe chwile. Siedziałem naburmuszony na drewnianej ławie i przyglądałem się wesoło rozprawiającym wieśniakom. Z tego co udało mi się wyłapać, nie tak dawno ich wioska była ofiarą ataku potworów. Wielu zginęło, aż moje serce zabolało. Gdy jedna z kobiet straszliwie się rozpłakała, jej przyjaciółki opiekuńczo wyprowadziły ją na świeże powietrze. Nie było nic gorszego niż utrata bliskich. Sam wiele lat temu, choć na własne życzenie, wszystkich ich utraciłem. Pozostała mi sztuka i alkohol. Choć ta pierwsza była kapryśną kochanką. Niekiedy czuwała przy mnie wiernie i w miłości, a w następnym momencie odchodziła pozostawiając w szale. Ile bym nie krzyczał, nie błagał – nie wracała, póki sama tego nie chciała. Z alkoholem było inaczej. Moja winna ukochana była czuła niczym matka, nieokiełznana niczym kochanka. Była wszystkim, zawsze. Dlatego najbardziej ją miłowałem, i najdotkliwiej umierałem bez niej.
- Zgadzasz się bardzie? – usłyszałem głos Geralta.
- Na co, bo moje myśli odpłynęły?
- Więc o planie nic nie słuchałeś – warknął brązowowłosy.
- Niestety szanowny panie, wyłączyłem się jak tylko otworzyliście usta.
- Artyści – niemal splunął i oskarżycielsko spojrzał na drugiego wiedźmina – Czyń honory przyjacielu.
- Chodzi o plan odbicia Lamberta – westchnął ciężko Geralt nienawykły do tak wielu słów jednego dnia – Postanowiliśmy go wykraść, ale potrzebujemy do tego ciebie. Byłbyś jego ostatnim życzeniem. Muzyka przed śmiercią. Wszedłbyś tam posiadając ukryty nóż. Jemu tyle by starczyło, aby się oswobodzić. My zrobilibyśmy jaką zadymę przez co większość strażników zeszłoby ze swoich posterunków. Wchodzisz w to?
- A co za to dostanę? – spytałem uśmiechając się w stronę ślicznie wyglądającej kobiety.
- Nie porzucę cię na pierwszym lepszym rozwidleniu.
- Okrutny – zaśmiałem się wstając – Niech więc tak będzie. Panowie do mnie?
- Jesteś bardem?
Od razu wiedziałem, że będą chcieli gry. Co nieco do moich uszu dochodziło od pierwszego momentu pojawienia się w gospodzie, lecz cierpliwie czekałem, aż lud sam poprosi o moją uwagę. Z życzliwym uśmiechem uderzyłem w struny, a oni od razu pociągnęli mnie w stronę sceny, opowiadając jak bardzo brakowało im rozrywki. Z przyjemnością stanąłem przed tłumem i skłoniłem się nisko. Zakrzyknąłem swoje imię i rozpocząłem repertuar od najprostszej piosenki znanej nawet dzieciom. Duża część obecnych zerwała się ze swych miejsc, a kolejna część pognała do domostwa, aby zawołać bliskich. Tańczyłem, śpiewałem, a oni razem ze mną. Wszyscy szczęśliwi, beztroscy, tylko mi było coraz ciężej.
Zacząłem kolejną piosenkę i coraz gorzej się czułem. Nienawidziłem tych wulgarnych piosnek. Nie miały nic wspólnego ze sztuką, poezją. Gdy się skończyła zacząłem autorską. Piękną balladę, dawno temu spisaną. Zawarłem w niej wszystkie uczucia, które narodziły się w trakcie tułaczki. Przymknąłem oczy, ale zamiast usłyszeć ciszę – doszły mnie głosy. Nie podobała im się, powoli zaczęli gwizdać, krzyczeć o zmianę. Nie chciałem przerywać, ale w końcu zamarłem. Stałem na scenie, wszyscy patrzyli na mnie, a ja umarłem. Nie czułem muzyki, nie miałem radości. Goście jeszcze bardziej się wzburzyli. Spojrzałem na moje drżące dłonie, aż w końcu wzrok przeniosłem na wiedźmina. To wszystko była jego wina. Zeskoczyłem ze sceny. Przedzierałem się przez rozczarowanych moją grą gości. Stanąłem przed nim i wyrwałem z jego dłoni kufel miodu pitnego.
CZYTASZ
Miecz i Lutnia (Geralt x Jaskier)
FanfictionJaskier nie szukał ratunku, ale odnalazł go w małomównym wiedźminie.
