t h i r t e e n part 2

251 21 11
                                        

Niebo zdążyło przybrać odcienie czerwieni oraz różu, zanim trzej chłopcy zdecydowali się na chwilę odpoczynku. Każdy mecz miał być „ostatnim na dzisiaj" i mimo, że ich oddechy były przyspieszone, a koszulki przemoczone, nie chcieli przestawać. Gra była dla nich formą terapii, pomogła im zrelaksować się po dawce intensywnych wydarzeń, mających miejsce poprzedniej nocy.

Jisung leżał na skraju boiska, nie przejmując się tym, jak twarde było podłoże. Jeno i Mark siedzieli tuż przy siatce, opierając się o nią plecami. Żaden z nich się nie odzywał, starając się poukładać bałagan, który tworzyły ich własne myśli.

Mieli do siebie mnóstwo pytań i choć wiedzieli, że dostaną oczekiwane odpowiedzi (w końcu właśnie na tym opierała się ich relacja – na bezwarunkowej szczerości), nie potrafili zebrać w sobie odwagi do przerwania uporczywej ciszy.

Czy był to strach? Prawdopodobnie tak. Mimo, że byli niemal stuprocentowo pewni tego, co usłyszą, niesamowicie bali się potwierdzenia domysłów (w szczególności dwójka z nich).

Dlatego też Park Jisung, jako osoba, która zazwyczaj najpierw mówiła, zaś dopiero później myślała nad konsekwencjami swoich słów, postanowił zabrać głos.

- Więc... ostatnia noc była ciekawa, nie sądzicie?

Jeno i Mark spoglądnęli po sobie nawzajem, jednak spotykając spojrzenie drugiego, momentalnie odwrócili wzrok.

- Co... co masz na myśli? – zapytał ostrożnie Jeno.

W odpowiedzi usłyszał nieco zirytowane prychnięcie Marka.

- Z pewnością chodzi mu o jakiś dziwny sen, prawda, Jisung? W końcu nikt nie zniknął bez słowa, nikt nie wrócił po wielu dniach nieobecności, noc była taka spokojna.

Jeno spuścił z zawstydzeniem głowę, Jisung zaś rzucił najstarszemu pełne niezrozumienia spojrzenie.

- Jakie zniknięcie? O co chodzi?

Mark roześmiał się, a w jego ciemnych oczach błyszczał gniew.

- Gdy ty i Chenle słodko spaliście, czego oczywiście nie mam wam za złe, ja, Renjun i Jaemin zamartwialiśmy się tym, gdzie do cholery znajdują się Jeno i Donghyuck.

Usłyszenie, jak Mark po raz pierwszy używa właściwego imienia swojego chłopaka, zamiast zwyczajowego przezwiska, było niczym kubeł zimnej wody.

Mark zawsze nazywał go Haechan.

- Nie odpowiadali na nasze telefony, a dopiero rano raczyli pojawić się w domu Jaemina. Miło by było też, gdybym zamiast „przepraszam" usłyszał wyjaśnienia. – najstarszy posłał miażdżące spojrzenie w kierunku białowłosego.

Jeno spuścił ramiona, nie podnosząc wzroku.

- Byliśmy w klubie. – wyszeptał. – Razem.

- Zdążyłem się tego domyślić. – odpowiedział Mark sarkastycznie. – Dlaczego?

Jeno przymknął oczy, słysząc namiastkę żalu w głosie przyjaciela.

- Jakiś czas temu doszliśmy do wniosku, że... że karmienie naszych... uzależnień w pojedynkę jest zbyt ryzykowne i postanowiliśmy, że będziemy trzymać się razem. Od tamtej pory wspólnie chodziliśmy po mieście. Podczas gdy ja odcinałem się od rzeczywistości za pomocą różnych... substancji, Donghyuck robił to pozwalając innym na bicie go do nieprzytomności.

Cisza, która zapadła po jego słowach, była bardziej krzywdząca, niż wszystkie możliwe obelgi, które mogłyby zostać posłane w jego stronę.

problems; nct dreamOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz