Rumia, 5 listopada 2012
Weronika
Poniedziałek nadchodzi szybciej niż bym chciała, mimo że cały weekend błagałam w myślach czas, żeby zwolnił. Mama w ostatnich dniach zamyka się w pokoju Wiktorii na całe godziny. Z tego, co udało mi się przyuważyć, to czyta bloga na laptopie Wiki. Poza tym nie odzywa się do mnie i prawie nic nie je. W sumie, to ja też nie mogę powiedzieć, żeby ze mną było inaczej. Po kolejnej długiej, bezsennej nocy jedyne, co daję radę w siebie wcisnąć, to duża kawa. O śniadaniu nawet nie ma mowy – żołądek mam ściśnięty i dręczą mnie mdłości. Kiedy wychodzę z domu, towarzyszy mi tylko strach. O mamę, która zostaje sama i o to, co czeka mnie w szkole.
Chyba pierwszy raz nie cieszę się, gdy widzę na przystanku Martę i Karola. Obydwoje wydają się równie zmieszani, co zatroskani i to sprawia, że ja też czuję się niezręcznie.
– Jak się trzymasz? – Peppa zadaje pytanie, na które czekałam od niej przez ostatnie tygodnie. O ironio, teraz tylko mnie irytuje.
– To, co się stało, to jakaś masakra – dodaje Karol.
– Nie chcę o tym gadać – zbywam ich. Czuję się okropnie, bo wiem, że się o mnie martwią, ale nie potrafię teraz spojrzeć im w twarz. Dlatego odwracam się do nadjeżdżającego autobusu i jak tylko się zatrzymuje, wskakuję do środka, żeby zająć miejsca na czwórce w ostatnim rzędzie.
Droga do szkoły mija nam w ciszy, która do złudzenia przypomina mi tą w moim domu. Kiedy wysiadamy pod szkołą, Karol jeszcze raz próbuje się odezwać:
– Wera... Wiesz, że cała szkoła już od tego huczy... Cała Rumia pewnie też... – ostrożnie wypowiada każde słowo, jakby to były ostre odłamki szkła, które zbiera z ziemi.
– Wiem, Rollo. Jestem przybita, ale nie przygłupia – prycham pod nosem. – Chodźmy. Chcę już to mieć za sobą.
Wchodzimy do budynku liceum i schodzimy do szatni zostawić kurtki. Już tutaj czuję na sobie ciekawskie spojrzenia, a gdy się zbliżam głośne szepty milkną tylko po to, żeby znowu rozbrzmieć, kiedy trochę się oddalę. Zastanawiam się, ile to potrwa. Ile czasu musi minąć, żeby sensacja zamieniła się w przegadany temat, który już się znudził i odszedł w zapomnienie, ustępując miejsca świeżym plotkom. I, co najważniejsze, czy ja tak długo wytrzymam.
Chyba nie mam innego wyjścia, prawda?
– Halo, ziemia do Wery! – głos Marty gwałtownie ściąga mnie na ziemię. Mimowolnie krzywię się pod nosem, bo jest zbyt wysoki i za głośny, żeby był przyjemny dla ucha. Półprzytomnym wzrokiem patrzę na przyjaciółkę i ze zdziwieniem dostrzegam, że już ma na sobie sportowy strój.
– Idziemy? – Wskazuje głową na wejście do sali gimnastycznej. Chcę odpowiedzieć, że przecież jeszcze się nie przebrałam, ale kiedy spoglądam w dół widzę, że ja też mam na sobie dresy. Jak to możliwe?! Jakim cudem nie pamiętam żadnej z tych czynności? Wygląda na to, że w zamyśleniu działałam na autopilocie, ale to logiczne wytłumaczenie wcale nie sprawia, że czuję się lepiej. Niepokój nie znika, tylko przyjmuje postać zimnych dreszczy szczypiących skórę na karku.
Mimo to kiwam głową i ruszam za Peppą. Na halę sportową wchodzimy jako jedne z ostatnich. Dziewczyny z klasy już tu są i stoją w zbitej grupie, rozmawiając między sobą. Nie muszę podsłuchiwać, żeby wiedzieć o czym – albo raczej o kim – plotkują. Wystarcza mi to, że na nasz widok nagle milkną, a wzrok wszystkich kieruje się na mnie. Staram się je ignorować i wyglądać na totalnie nieprzejętą, ale to cholernie trudne, gdy pod ciężarem ciekawskich spojrzeń każdy ruch wydaje się sztywny i nienaturalny. Chyba pierwszy raz w życiu modlę się w myślach, żeby Molska już przyszła, rozpoczynając lekcję WF-u. Z każdą kolejną, dłużącą się minutą dziewczyny nabierają śmiałości i zaczynają coraz głośniej rozmawiać.
CZYTASZ
pod powiekami
Mystery / ThrillerKiedy wzorowa przewodnicząca szkoły niespodziewanie popełnia samobójstwo, lokalna społeczność na moment wstrzymuje oddech. Dlaczego to zrobiła? Kto jak kto, ale ona? Nikt by się tego nie spodziewał, a już na pewno nie Weronika. Dziewczyna nie potraf...
