24 grudnia 2012, Rumia
Mikołaj
Ogólnie, mimo mojego imienia i daty urodzin (a może właśnie dlatego?) szczerze nienawidzę grudnia. Ze wszystkich miesięcy roku, ten jest najbardziej do dupy, a na trzeźwo, to już w ogóle. Ale obiecałem sobie i Weronice – chociaż ona tego nie wie – że przynajmniej spróbuję utrzymać abstynencję. A czy mi się uda, to już inna kwestia...
Tymczasem udało mi się wrócić do pracy, głównie dzięki dupochronowi w postaci zwolnienia wypisanego przez panią Jadwigę, ale myślę, że duże znaczenie miał tu też fakt, że dyrektorka nie znalazła nikogo innego na to stanowisko. Nie mam złudzeń, że gdyby nadarzyła się szansa, to już dawno wywaliłaby mnie na zbity pysk.
Z Weroniką praktycznie nie rozmawiałem od tamtego wieczora, kiedy wyszła z mojego mieszkania. Mijaliśmy się na szkolnych korytarzach, wymieniając sztuczne „dzień dobry" i odwracając wzrok, gdy nasze spojrzenia przypadkiem się spotkały. Wiem, że powinienem wyjaśnić z nią tamten pocałunek, ale ona zachowuje się jakby nic się między nami nie wydarzyło, a ja, jak na wygodnego tchórza przystało, gram w tę grę. Głos rozsądku podpowiada, że tak jest lepiej, ale jeśli tak jest, to dlaczego czuję w środku jakąś dziwną pustkę? Jakby zabrano mi coś, o czego posiadaniu nie miałem pojęcia...
Żeby uciec od tych myśli skupiłem się całym sobą na robocie i, o dziwo, tym razem działało. Może dlatego, że w szkole był ogrom pracy przed świętami, a dodatkowo doszedł materiał do nadrobienia, który nazbierał się przez moją nieobecność w listopadzie.
I cyk, nagle zrobił się dwudziesty czwarty grudnia. Wyczekiwana przez wszystkich wigilia, a ja kolejny rok z rzędu siedzę samotnie przed telewizorem i oglądam po raz chyba setny Władcę Pierścieni. Wypiłem mój ulubiony barszcz z proszku Winiary, zagryzając go pasztecikami kupionymi w najbliższej piekarni. Wlepiam wzrok w ekran, ale dociera do mnie, że już jakiś czas temu zostałem w tyle, jeśli chodzi o śledzenie przygód dwóch hobbitów, a moje myśli odpłynęły, błądząc wokół wydarzeń ostatnich tygodni i analizując, co mogłem zrobić inaczej. Wiem, że takie gdybanie mi nie służy, tym bardziej, że z każdą kolejną minutą rośnie we mnie pragnienie, żeby popić paszteciki czymś mocniejszym niż barszcz. Może chociaż jedna małpka albo piwko... Przecież to prawie nic...
Nie! STOP!
Podrywam się z kanapy i wychodzę z pokoju, jakbym mógł uciec od niebezpiecznych myśli. Zarzucam kurtkę na ramiona, wsuwam stopy w znoszone trapery i wychodzę z mieszkania. Muszę przewietrzyć myśli. Może spacer pomoże mi nabrać dystansu.
Nogi same prowadzą mnie ulicą Dąbrowskiego. Mijam bloki, apteki, ciemne witryny sklepów i sklepików. Przystaję na chwilę, żeby spojrzeć na podświetlony nocą Okrąglak, jak mieszkańcy potocznie nazywają imponujący, owalny budynek Sanktuarium Matki Boskiej Wspomożycielki. Pamiętam jak z babcią przychodziłem tutaj na msze. Niewiele z nich rozumiałem, ale lubiłem te niedzielne spacery, zwłaszcza, że w drodze powrotnej zawsze babcia kupowała mi coś słodkiego – najfajniej było latem, bo wtedy szliśmy na lody i na plac zabaw.
Uśmiecham się do wspomnień i ruszam dalej, gdy zaczyna delikatnie prószyć śnieg. Białe płatki wirują w powietrzu na czarnym tle nocnego nieba, wprawiane w chaotyczny taniec przez podmuchy lodowatego wiatru. Naciągam kaptur na głowę i wciskam dłonie głębiej w kieszenie jednocześnie przyspieszając kroku. W słuchawkach rozbrzmiewają słowa starego hitu Pezeta, który kojarzy mi się ze szczeniackimi latami, kiedy wszystko wydawało się prostsze, nawet gdy nie było łatwo.
Tyle razy myślałem że to koniec, wiesz
Zacieram dłonie, pada śnieg
Zaciskam dłonie w pięść
CZYTASZ
pod powiekami
Mystery / ThrillerKiedy wzorowa przewodnicząca szkoły niespodziewanie popełnia samobójstwo, lokalna społeczność na moment wstrzymuje oddech. Dlaczego to zrobiła? Kto jak kto, ale ona? Nikt by się tego nie spodziewał, a już na pewno nie Weronika. Dziewczyna nie potraf...
