15

41 8 31
                                        

Weronika


– Musicie się ewakuować! Doma tutaj idzie z jakimś typem! Spróbuję ich na chwilę zatrzymać, ale nic nie obiecuję!

Peppa nie daje nam czasu na odpowiedź. Drzwi zamykają się z powrotem z cichym trzaskiem, a my patrzymy po sobie z rosnącą paniką w oczach.

– Na balkon! – Ksawery wskazuje na długie do ziemi firany.

Nie trzeba nam dwa razy powtarzać. Chwilę później już stoimy na zewnątrz. Karol zamyka za nami szklane drzwi akurat w momencie, gdy wewnątrz te wejściowe do pokoju się otwierają.

– Jezu, żeby nas nie zobaczyła... – mruczy pod nosem Ksawery.

Jednak, na nasze szczęście, Dominika nawet nie patrzy w stronę balkonu. Jest zbyt zajęta przystojnym i wysokim brunetem, którego prowadzi w stronę łóżka.

– Ja pierdolę, nie chcę na to patrzeć, bo zaraz się zerzygam! – jęczę pod nosem, ostentacyjnie odwracając głowę.

Balkon jest nieduży. Mieści się na nim dwójka wiklinowych krzeseł ze stoliczkiem, a pozostała część miejsca wystarcza akurat na tyle, żeby każde z nas miało gdzie stać. Jednak, mimo że stoimy blisko siebie, to z każdą upływającą minutą zimny wiatr staje się bardziej dokuczliwy, a moje myśli o kurtce zostawionej w holu bardziej tęskne.

– Ale piździ – kwituje Karol. – Mam nadzieję, że ten jej chłoptaś to jakiś prawiczek. Bo jak nie, to dupy nam zdążą odmarznąć, zanim oni tam skończą.

Parskam pod nosem, zbliżając się do balustrady. Opieram się o nią i patrzę w dół, a to, co widzę sprawia, że na moich ustach pojawia się delikatny uśmiech.

– Chyba mam pomysł, jak się stąd wydostać.

Widać mamy dzisiaj więcej farta niż rozumu, bo snując ten szalony plan nie pomyśleliśmy o drodze ewentualnej ucieczki. Na szczęście balkon należący do sypialni Dominiki leży bezpośrednio nad dachem garażu, a z niego już zdecydowanie bliżej do trawnika i wolności.

Karol i Ksawery stają po obydwu moich stronach.

– No nie wiem, nie wygląda to optymistycznie. – Zalewski z powątpiewaniem patrzy na spadzisty dach. – Ja chyba wolę poczekać tutaj.

– Daj spokój! – obrusza się Karol. – Damy radę!

W tym momencie ze środka dobiega nas podniesiony głos Dominiki.

– Czekaj! Stop!

– Cholera, co on jej tam robi? Może coś wbrew jej woli? – Rollo wypowiada nasze wspólne myśli.

– Ktoś jest na balkonie!

– O kurwa! – samo wymyka się z moich ust.

– Spadamy! – rzuca Karol i pierwszy przekłada nogę przez balustradę. Mi nie trzeba dwa razy powtarzać, a Ksawery też jakby nagle pozbył się wątpliwości.

Moje stopy uderzają w mokrą ziemię akurat w momencie, kiedy drzwi balkonowe się otwierają, a do naszych uszu dociera wściekły krzyk Karpińskiej. Nie rozumiem dokładnych słów, ale jestem pewna, że są wśród nich liczne przekleństwa.

Ksawery ląduje obok mnie, traci równowagę i przewraca się na trawę, ale zaraz wstaje.

– Dajemy przez cmentarz! – rzuca przez ramię Rollo, który już wspina się po ogrodzeniu. Z trudem łapiąc oddech, ruszam jego śladem. Wspinam się na płot, którego spróchniałe stare deski uginają się pod naciskiem moich rąk.

pod powiekamiOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz