19

36 7 18
                                        

Weronika

– Czy kiedyś jeszcze będzie normalnie? Czy jeszcze będzie dobrze? – mówię pod nosem, wbijając wzrok w imię Wiki wykute w kamieniu. Już jakiś czas temu rodzice dopisali ją do rodzinnego nagrobka, ale nadal nie potrafię przyzwyczaić się do jej imienia wyrytego w zimnym kamieniu. Wygląda na nim nierealnie, jakby zupełnie nie pasowało w tym miejscu. Podnoszę głowę, spoglądając w szaro-sine niebo. Zaczyna padać śnieg. Białe płatki wirują w powietrzu w chaotycznym tańcu, żeby w końcu opaść na groby i przykryć puchem wąskie alejki. Naciągam kaptur na głowę i poprawiam szalik, ale zimno nie odpuszcza, z łatwością przenikając materiał kurtki. Mimo to nie potrafię zmusić się do ruszenia z miejsca. Nie ma miejsca, gdzie mogła i chciałabym pójść i ta świadomość najbardziej mnie teraz dobija.

Wibracja telefonu pod moimi palcami wyrywa mnie z zamyślenia. Sygnał kończy się szybko, więc oznacza nową wiadomość. Na początku chcę ją zignorować, jak wszystkie poprzednie wysłane przez Peppę i Rolla, ale po chwili ciekawość bierze górę i wyjmuję komórkę z kieszeni.

Unoszę brwi, widząc SMS'a od Jakubowskiego:

– Jak się czujesz?

Mrugam, próbując odgonić napływające do oczu łzy. W pierwszym odruchu chcę odpisać, że wszystko okej, ale równie szybko stwierdzam, że kłamstwo nie ma sensu.

– Do dupy.

Odpowiedź przychodzi niemal natychmiast:

– Potrzebujesz pogadać?

Przez chwilę trawię to pytanie, zastanawiając się nad odpowiedzią.

– Chyba tak...

– To wpadaj. Adres znasz.

***

Kiedy docieram pod drzwi mieszkania Jakubowskiego, na zewnątrz jest już całkiem ciemno. Okazuje się, że domofon nie działa, ale klatka schodowa jest otwarta, więc wspinam się na czwarte piętro. Pukam, po chwili drzwi się otwierają, a w progu staje on.

– Gdzieś ty była?! Wyglądasz na przemarzniętą – stwierdza z niezadowoloną miną, odsuwając się na bok, żeby wpuścić mnie do środka.

– Bez przesady – obruszam się, bo przecież nie przyznam, że zdrętwiały mi chyba wszystkie palce. – Byłam na cmentarzu u Wiki.

– No tak. – Mikołaj wzdycha, jakby to było coś oczywistego. – Dobra. Rozbierz się, a ja wstawię wodę na herbatę.

Jakubowski znika na końcu korytarza, a ja z ulgą pozbywam się mokrej czapki i wilgotnego szalika, odwieszam kurtkę i zdejmuję z nóg martensy. Kiedy wchodzę do kuchni czajnik już stoi na gazie, a Mikołaj buszuje w szafce z herbatami.

– Jaką chcesz? – pyta z głową za drewnianymi drzwiczkami, a ja mam deja vu.

– Tą, co zawsze – odpowiadam odruchowo, jakbym co najmniej odwiedzała go regularnie. Natychmiast robi mi się głupio i już czuję zapowiedź rumieńców na twarzy, ale wtedy on odpowiada:

– Czyli miętową. – Nie czeka na moje potwierdzenie, tylko wrzuca po jednej torebce do każdego kubka.

– Pamiętałeś. – Uśmiecham się pod nosem.

– Oczywiście. – Jakubowski zamyka szafkę i rzuca mi krótkie spojrzenie, ale akurat w tym momencie zaczyna piszczeć czajnik.

Kilka minut później siedzimy już przy kuchennym stole z parującymi kubkami.

pod powiekamiOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz