20

27 8 34
                                        

Weronika

Długo starałam się grać twardzielkę, ale dłużej już nie wytrzymam w tym pokoju. Muszę chociaż na chwilę stąd wyjść, ostudzić emocje i przewietrzyć myśli. Nie odzywając się do nikogo, łapię za kurtkę, wsuwam stopy w trapery i wychodzę, trochę za głośno trzaskając drzwiami. I tak uważają mnie za świrniętą dziwaczkę, więc co to za różnica, czy dam im jeszcze jeden powód.

Opuszczam budynek skręcam za róg, gdzie wcześniej zauważyłam urokliwy mostek przechodzący nad rzeczką. Wchodzę na pomost i zatrzymuję się na jego środku. Opieram ręce o drewnianą balustradę, podziwiając zamarzniętą taflę strumienia. Wieczór jest cichy i mroźny w ten przyjemny, orzeźwiający zmysły sposób. Pojedyncze płatki śniegu leniwie wirują w powietrzu, odcinając się na tle czarnego nieba. Biorę głęboki wdech, a po chwili wypuszczam przez uchylone usta obłok pary. W chwilach takich jak ta jest coś magicznego...

– Tu jesteś! – znajomy głos gwałtownie wyrywa mnie z spokojnego stanu. Odwracam głowę w jego kierunku. To Dominika idzie w moją stronę z uśmiechem, który wygląda zbyt miło, żeby nie był podejrzany.

– Czego chcesz? – Odruchowo wchodzę w tryb bojowy. Naprawdę, czy Karpińska nie może chociaż na chwilę zostawić mnie w spokoju?

– Pogadać. – Blondynka staje obok i też opiera się łokciami o drewnianą balustradę. Obserwuję ją z wysoko uniesionymi brwiami jak jakiś wyjątkowo osobliwy okaz w zoo. Karpińska i chęć rozmowy? Niemożliwe!

– Jezu, nie patrz tak na mnie... jak na zło konieczne – śmieje się widząc, że czujnie jej się przyglądam.

– A nie jesteś nim? – wypalam zanim zdążę ugryźć się w język.

– Dla ciebie pewnie i jestem. – Dominika wzrusza ramionami. – W końcu należymy do przeciwnych obozów.

– Ładne określenie, żeby odróżnić wyrzutków i outsiderów od tych fajnych i popularnych – stwierdzam dobitnie, przenosząc wzrok z powrotem na zamarzniętą rzeczkę.

– Zmieniłaś się od początku tego roku szkolnego. Zrobiłaś się bardziej wygadana i pyskata, wiesz? – stwierdza Doma, ale nie słyszę w jej głosie przytyku czy złośliwości.

Teraz to ja wzruszam ramionami.

– Chyba nic dziwnego, że się zmieniłam? Umarła mi siostra. Musiałam się zmienić...

Żeby przetrwać.

– Tak... – Dominika wzdycha, a z jej ust wydobywa się kłębek pary. – Śmierć Wiki dojechała nas wszystkich.

Odwracam głowę, żeby spojrzeć na nią z wymownie uniesionymi brwiami.

– Ciebie musiała dojechać wyjątkowo mocno, skoro nie dałaś rady przyjść na jej pogrzeb – każde moje słowo przesiąknięte jest jadem i goryczą, o które w życiu bym siebie nie podejrzewała. Ale przecież te uczucia od dawna we mnie siedziały. Po prostu dzisiaj w końcu pozwoliłam im wypłynąć na powierzchnię. I nawet poczułam małą ulgą. Ledwie odczuwalną, ale jednak.

– To nie tak... – Doma spuszcza wzrok i wbija go w swoje kozaki, którymi nerwowo grzebie w śniegu. Chyba pierwszy raz widzę ją w takim stanie, zmieszaną i przygarbioną, ale nie daje mi to żadnej satysfakcji. Jestem zbyt wkurzona na nią za to, co zrobiła Wiki.

– To jak? – pytam, mimo woli podnosząc głos. – Wytłumacz mi, proszę!

– Pokłóciłyśmy się tuż przed jej śmiercią. Dosłownie dzień wcześniej. – Dominika mówi tak cicho, że ledwo ją słyszę.

pod powiekamiOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz