17

45 7 37
                                        

Rumia, 3 grudnia 2012

Mikołaj

– Weronika... – jej imię wymyka się z moich ust jeszcze zanim zdążę otworzyć oczy. Uchylam powieki, ale jasność dnia jest ostra i nieprzyjazna w przeciwieństwie do przytulnej ciemności. W pierwszej chwili mam ochotę po prostu nakryć twarz kołdrą i spróbować z powrotem zasnąć, ale czuję jak sprężyny materaca uginają się pod czyimś ciężarem.

– Była tu. – Od razu rozpoznaję niski głos Łysego. – Ale musiała wrócić do domu.

Wzdycham z ulgą. Okej, czyli ani nie oszalałem ani nie był to sen. Jak przez mgłę pamiętam obezwładniający ból głowy potęgowany kacem i Weronikę krzątającą się po mieszkaniu. Chyba sprzątała, chociaż nie jestem pewien, bo większość czasu spędziłem na granicy świadomości, skąd ściągała mnie co jakiś czas, zmuszając żebym napił się wody. Gdyby nie ona, to pewnie nadal umierałbym, a tak to został już tylko moralniak akcentowany lekkim kłuciem w skroniach i nienaturalną ciężkością głowy.

– Nie wiem, skąd ty wytrzasnąłeś taką dziewczynę, ale widocznie masz więcej szczęścia niż rozumu. Naprawdę jej na tobie zależy. Doprowadziła tę melinę do stanu używalności, do tego ogarnęła ciebie i nawet słowem się nie zająknęła. – Mariusz jakby czyta mi w myślach.

Przeklinam pod nosem, pocierając twarz dłonią. Dociera do mnie w jakim stanie musiała widzieć mnie Weronika. Powiedzieć, że jestem zażenowany samym sobą i upokorzony, to jak nic nie powiedzieć. Gdyby teraz przede mną stanęła, chyba stopiłbym się z podłogą...

– Nie marudź, tylko podnoś dupę. Weronika zapowiedziała, że wpadnie po szkole, jest już jedenasta, a ty zdecydowanie potrzebujesz prysznica... – Nie muszę patrzeć na Łysego, żeby wiedzieć, jaką ma minę. Ton jego głosu jest wystarczająco wymowny.

Bez słowa zwlekam się z łóżka i idę do łazienki, gdzie pośpiesznie zrzucam z siebie przepocone ubrania i wchodzę do przeszklonej kabiny o zmatowionych kamieniem szybach. Zazwyczaj najpierw puszczam wodę i czekam chwilę, aż przeleci pierwszy zimny strumień, ale dzisiaj od razu wchodzę pod prysznic.

Lodowata woda obmywa moje ciało, czuję jak włoski na skórze stają dęba, a szczęki mimowolnie się zaciskają. Jednak osiągam to, co chciałem – natychmiast się rozbudzam. Wypicie kawy będzie już tylko formalnością.

Długo i dokładnie szoruję się namydloną gąbką, ale mimo to nie jestem w stanie zmyć z siebie uczucia brudu. Brudu, który wżarł się głęboko pod skórę, aż do żył i stamtąd rozniósł po całym krwioobiegu. Mam wrażenie, że nieważne, jak bardzo bym się nie starał, nieważne, jak długo nie byłbym trzeźwy, to już nigdy nie będę naprawdę czysty. Moje ciało zawsze będzie nosić ślady przeszłości, przetarte szlaki złych wyborów i słabe punkty, przez które uzależnienie będzie próbowało wedrzeć się do mojego życia.

Zakręcam wodę i wychodzę spod prysznica, po omacku łapiąc ręcznik. W łazience unosi się mgła z pary wodnej. Niedbale przecieram dłonią lustro, a kiedy widzę znajomą twarz po drugiej stronie, mimo woli uśmiecham się ponuro jednym kącikiem ust. Tak bardzo go przypominam... Te same ciemne, niemal czarne oczy, które patrzą zimnym, nieprzeniknionym spojrzeniem. Te same wąskie wargi, na których za często gości cyniczna podróbka uśmiechu. Te same trochę odstające i lekko szpiczaste uszy... Nawet czarne włosy ścinam tak samo jak on – minimalnie krótko i zupełnie niemodnie, na tzw. rekruta. Obiecywałem sobie, że taki nie będę, a nawet nie zauważyłem, kiedy stałem się jego chodzącą kopią...

Donośne walenie w drzwi łazienki gwałtownie wyrywa mnie z zamyślenia.

– Ej, co ty tam tak długo robisz?! – zachrypnięty głos ojca dobiega z korytarza. – Wypierdalaj stamtąd i to już! Muszę się wysrać! – Każde kolejne słowo jest coraz bardziej niewyraźne, zdradzając stan upojenia mężczyzny.

pod powiekamiOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz