Rumia, 8 października 2012
Mikołaj
Poniedziałki są parszywe.
Obserwując wschód słońca zza koronkowej firanki, z kubkiem kawy w jednej ręce i papierosem w drugiej, uśmiecham się pod nosem do wspomnień. Pomyśleć, że jako gówniarz uważałem, że dorosłość jest fajna, a poniedziałki staną się lepsze, kiedy już nie będę musiał wstawać z rana do szkoły.
Naiwny smarkacz ze mnie był.
Teraz, o ironio, nie tylko muszę wstawać na lekcje, ale jeszcze muszę te lekcje poprowadzić. Parskam pod nosem. Nie jest tajemnicą, że nie zostałem nauczycielem z powołania. Już prędzej z przypadku czy zrządzenia losu – jak zwał, tak zwał.
Sam nie wiem, czy chciałem iść na studia, ale babcia marzyła o tym, żebym jako pierwszy w rodzinie zdobył wykształcenie wyższe. Teraz wydaje mi się, że przejąłem to jej marzenie i potraktowałem jak własne.
Wybrałem matematykę, bo była moją bezpieczną przystanią podczas szczeniackich lat. Jedyny przedmiot, który lubiłem i z którego byłem naprawdę dobry. Uwielbiałem matematykę za to, że zawsze tylko jeden wynik był prawidłowy. Uwielbiałem ją za to, że była logiczna i przewidywalna – w przeciwieństwie do otaczających mnie ludzi. W przeciwieństwie do życia.
Sama nauka przychodziła mi łatwo i studia ukończyłem z wyróżnieniem. Nie miałem pomysłu na siebie, a nauczanie wydawało mi się naturalną drogą kariery po takim kierunku... Oj, jak bardzo się myliłem. Pierwsze pół roku to był koszmar. Nie mogłem spać, nie mogłem jeść, męczyły mnie ataki paniki i bezsenność, które zacząłem leczyć koktajlem z leków i alkoholu.
Na szczęście po pierwszych kilku miesiącach pracy w zawodzie przerażająca trema minęła i przyzwyczaiłem się do nowej roli. Nie, żebym ją polubił. Raczej po prostu przestałem się przejmować tym, co o mnie myślą – zarówno uczniowie, jak i współpracownicy. Skupiam się na robocie – robię swoje, po czym wracam do kryjówki czterech ścian, a rano powtarzam schemat od nowa.
Dzisiejszy dzień nie różni się niczym od innych, kiedy zarzucam na ramię pasek plecaka i wychodzę z mieszkania.
***
Pierwsze dwie lekcje mijają mi jak sen. Pracuję na automacie, nie poświęcając wiele myśli temu, co robię. Czekam na trzecią lekcję, którą mam z klasą Weroniki. Kiedy dziewczyna w końcu przekracza próg klasy, czuję jak moje serce przyspiesza.
Wiem, że nie powinno tak być, jednak nie umiem nic z tym zrobić. Przez kolejne czterdzieści pięć minut zerkam na nią ukradkiem co jakiś czas, a między tymi skradzionymi spojrzeniami bardzo staram się nie patrzeć w jej stronę.
Martwię się o nią. Wygląda niewiele lepiej niż wczoraj. Błękitne tęczówki jakby wyblakły, za to sińce pod oczami odcinają się wyraźnie na niezdrowo bladej twarzy. Nie muszę być ekspertem, żeby domyślić się, że ostatnia noc nie należała do przespanych.
Wiem, że nie powinienem, ale kiedy rozbrzmiewa dzwonek na przerwę proszę ją, żeby została chwilę po lekcji. Gdy ostatnie osoby wychodzą z klasy, Weronika podchodzi mojego biurka niespiesznym krokiem.
– Jak się trzymasz? – pytam, obserwując ją uważnie.
– Jako-tako – Wzrusza obojętnie ramionami, nie patrzy mi w oczy.
Widzę, że coś się w niej zmieniło i mam niejasne przeczucie, że nie chodzi tylko o kłótnie jej rodziców i wczorajsze spotkanie grupy. Mam wrażenie na granicy pewności, że jest coś jeszcze.
CZYTASZ
pod powiekami
Mistério / SuspenseKiedy wzorowa przewodnicząca szkoły niespodziewanie popełnia samobójstwo, lokalna społeczność na moment wstrzymuje oddech. Dlaczego to zrobiła? Kto jak kto, ale ona? Nikt by się tego nie spodziewał, a już na pewno nie Weronika. Dziewczyna nie potraf...
