13. Walentynki

979 90 9
                                        

- Nienawidzę tego! Po prostu nienawidzę! - rzuciłam butem przez dormitorium.Wrzasnęłam i kopnęłam łóżko. Ann, która siedziała na swoim posłaniu rzuciła mi dziwne spojrzenie i wybuchnęła śmiechem.

- I z czego się śmiejesz?! Przecież to jest koszmar! To znowu się zaczyna! Nienawidzę tego! - rzuciłam się na łóżko i schowałam twarz w poduszce wściekle kopiąc nogami i szarpiąc swoje włosy - Nie-na-wi-dzę TE-GO! - wrzasnęłam z całych sił i załkałam.

Nagle drzwi do pokoju gwałtownie się otworzyły, a do środka wpadł Syriusz i James. Ann zerwała się z łóżka i zniknęła w łazience zatrzaskując drzwi. Tak, w dalszym ciągu unikała Syriusza po ich pamiętnym "romansie".

- Kogo mordują? - wysapał Black rozglądając się czujnie po pokoju.

- Lily ma napad wściekłości - powiedziała obojętnie Dorcas przewracając stronę jakiegoś durnego magazynu i ostentacyjnie ziewając.

- Co? Czemu? - zapytał zdezorientowany Potter.

- Tego nikt nie wie - mruknęła Dee, a ja podniosłam głowę z poduszki.

Pewnie wyglądałam okropnie. Wymięte ubranie, potargane włosy po skakaniu i kopaniu wszystkiego, co tylko stanęło mi na drodze, twarz czerwona z wysiłku i gniewu, a w oczach łzy wściekłości i bezsilności. Skoczyłam na równe nogi.

- To wszystko twoja wina - warknęłam dźgając zdziwionego Rogacza w środek klatki piersiowej,po czym odwróciłam się na pięcie, potykając się o stos książek zostawiony na podłodze.

Zaklęłam i kopnęłam je w najdalszy kąt pokoju, jednak nie przewidziałam, że to będzie AŻ tak bolało. Podskoczyłam na jednej nodze łapiąc się rękami za uniesioną stopę i zaczęłam krzyczeć. Przeskoczyłam trochę do przodu, a moja nieboląca stopa zaplątała się w jakieś ubrania Dorcas, przez co zwaliłam się jak kłoda na podłogę, uderzając biodrem w jakiś kufer. Upadłam na drewno z głuchym łupnięciem, a po chwili się rozpłakałam. Mój parszywy braciszek nie wytrzymał i parsknął śmiechem.

- Wybacz Lily, ale wyglądasz tak zabawnie - wydusił pomiędzy kolejnymi spazmami śmiechu.

Ja tylko podciągnęłam się na rękach i oparłam się plecami o kufer zwieszając głowę.

- To wszystko jest beznadziejne - wymamrotałam pod nosem i schowałam twarz w dłonie.

Po chwili poderwałam się i wypadłam z dormitorium jak burza, formując sobie w głowie plan działania i nie zwracając uwagi na zdziwione krzyki moich przyjaciół.

***

Cały wieczór przesiedziałam w najciemniejszym i najmniej odwiedzanym kącie biblioteki starając się uspokoić, ale kiedy tylko przypominałam sobie, jaki jutro będzie dzień, od razu dostawałam napadu wściekłości. Walentynki. Tak, to głupie święto doprowadziło mnie do obecnego stanu. Czemu? Oh, to proste. Potter, i wszystko jasne. Chociaż może w tym roku da mi święty spokój, dzięki naszej 'przyjaźni'? Marzenie ściętej głowy. Jęknęłam żałośnie i schowałam twarz w poduszkę, mocniej zaciskając powieki. Trzeba wstać, no już, rusz się Lily. Dziewczyny już poszły, po dziesięciominutowym zapewnianiu ich, że na sto procent dam sobie radę sama.

- O mój Boże - mruknęłam podnosząc się na łokciach - Jestem taka głupia.

W ciągu dziesięciu minut wyszykowałam się do wyjścia i po chwili schodziłam już po schodach w kierunku Wielkiej Sali.

Usiadłam na swoim miejscu między dziewczynami i z cierpiętniczą miną czekałam, aż koszmar się zacznie. Rozejrzałam się po całej sali, zauważając wiele uśmiechniętych twarzy, słysząc mnóstwo podekscytowanych i radosnych szeptów i czując to oczekiwanie. A idźcie w cholerę... Nie wiem, z czego tu się tak cieszyć.

Never say never... | JilyOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz