Rozdział 6.3

18 4 0
                                        

     - Cześć Lou - przywitałam się z przyjacielem po tym jak wpakowałam swój tyłek do starego  Audi. 

     Louis tylko spojrzał na mnie ponuro w odpowiedzi na moje powitanie. Oho, czyli zamierza się teraz do mnie nie odzywać? Bo przenocowałam u Josepha? Dziecinada!

     - Jak się udał wieczór? - zapytałam nie dając za wygraną. W końcu uda mi się nawiązać rozmowę, przecież nie może mnie ignorować w nieskończoność. 

     - Świetnie. - Spojrzał na mnie spod byka po czym uśmiechnął się tajemniczo pod nosem. - Wiesz, że ja się o ciebie martwię.

     - Wiem Lou, ale nie jestem małą dziewczynką - zauważyłam.

     Mieliśmy szczęście bo nie było akurat żadnych korków i do tego mieliśmy po drodze serię zielonych świateł, więc nie musieliśmy się zatrzymywać. 

     Zajechaliśmy na podwórko, i już z daleka w oczy rzuciła nam się chmura dymu wylatująca z okna znajdującego się w kuchni. Szybko wysiedliśmy z samochodu nie bardzo wiedząc co się dzieje.

     - Cholera, no nie wierze - wyszeptał Louis wpatrując się w zasnute dymem podwórko. Stał w miejscu jakby nie mógł się ruszyć. Po chwili poderwał się z miejsca i biegiem ruszył do domu.

     - Louis, poczekaj! Ostrożnie! - krzyknęłam za nim.

     Ale on mnie już nie słyszał. Przeczesałam włosy palcami, przetarłam łzy pojawiające się w moich oczach na skutek gryzącego dymu i ruszyłam szybko za Louisem. To jakiś koszmar. Ciężko było mi biegać w szpilkach, więc zrzuciłam je po drodze ze stóp. 

     Wbiegliśmy do środka, cała kuchnia i salon stały w płomieniach. Louis złapał się za głowę i kiedy wyrzucił już z siebie wszystkie przekleństwa jakie znał zwrócił się do mnie. 

     - Szybko, biegnij do siebie i weź tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ja wezwę straż! - wykrzyczał Louis próbując zagłuszyć dźwięki alarmu przeciwpożarowego.

     Pobiegłam do swojego pokoju. Złapałam plecak i wrzuciłam do niego telefon i pistolet. Kiedy już zabrałam resztę rzeczy na łóżku zauważyłam jakąś kopertę. Złapałam ją i włożyłam do kieszeni kurtki, którą dał mi Lou. 

     Wybiegłam z pokoju i odnalazłam Louisa który miotał się po domu próbując cokolwiek uratować przed ogniem. Pożar przedostał się już na korytarz  ledwie wydostałam się do sieni. Razem z Louisem wybiegliśmy do ogrodu. Ogień wychodził już wszystkimi oknami i powoli pochłaniał budynek. Po jakimś czasie przyjechała straż pożarna i wzięli się za gaszenie pożaru.

     Sięgnęłam do kieszeni i wyjęłam z niej pogiętą kopertę. Miałam dosyć przyglądania się płonącemu domowi. Odwróciłam się od niego plecami i ruszyłam przed siebie. Niedbale rozdarłam kopertę i wyjęłam z niej list pisany odręcznie, po czym zaczęła go czytać.

    Droga Charlotte,

    Twoje szczęście i wytrwałość doprowadza mnie i mojego człowieka do szału. Miałaś już okazję poznać Suchego. Jestem przestraszony jego niekompetencją. To okropne, że nie może sobie poradzić z taką szarą myszką jak ty.

     Spokojnie, zamierzam naprawić swój błąd. Odsunąłem Suchego od powierzonego mu zadania. Teraz poluje na ciebie dwóch moich ludzi i o ile do tej pory miałaś cholerne szczęście, to obiecuję, że twoje dni są policzone. Zapewne już się domyślasz, że to nie pożar, a podpalenie. Twoi nowi prześladowcy chcieli się w ten sposób z tobą przywitać. Mam nadzieję, że docenisz ich gest i, że nie będziesz sprawiała takich problemów jak dotychczas.

     Proszę, przekaż pozdrowienia dla sierżanta Navier' a. Niech nie traktuje tego zbyt osobiście, to posunięcie było konieczne, aby ukazać ci powagę sytuacji, w której się znalazłaś.

M. J. Wilson 

     Kiedy skończyłam czytać list nastąpił wybuch. Odskoczyłam przestraszona po czym odwróciłam się z powrotem w stronę domu. Odnalazłam wzrokiem Louisa stojącego przy wozie strażackim. Podbiegłam do niego i razem wpatrywaliśmy się w strażaków próbujących opanować sytuację, a z nieba spadały pojedyncze, płonące części domu.

     - Co to był za wybuch? - zapytałam przestraszona.

     - To pewnie butla gazowa w kuchni - odpowiedział Louis wpatrując się w płomienie, które doszczętnie pochłonęły jego dom.

     - Co teraz zamierzasz? Gdzie zamieszkasz? - Pewnie, że obwiniałam się za to podpalenie. Gdyby nie ja nikt nie miałby powodów aby podpalić dom Louisa.

     - Pojedziemy do mojej matki. - Lou w końcu spojrzał na mnie, a w jego oczach widać było kompletną pustkę. - Mieszka w Santa Clara. 

     Straż gasiła pożar do wieczora. Przez ten czas pod dom Louisa zjechała telewizja i przybyło multum gapiów. Nigdy jeszcze nie widziałam czegoś takiego. Zastanawiało mnie czego ci ludzie tutaj szukają. Przyszli tylko popatrzeć? Dla rozrywki? Przyjrzałam się im wszystkim uważnie. Ku mojemu zaskoczeniu na ich twarzach malował się żal, smutek, i współczucie.

     W końcu straży udało się zgasić ostatni płomyczek, ale co teraz? Spojrzałam ze smutkiem na Lou. Nadal nie mógł uwierzyć w to, co tutaj się stało. Podeszłam do Louisa i objęłam go, wtedy chłopak nie wytrzymał i tama powstrzymująca łzy runęła. Nie płakał tak jak dzieci, kiedy nie dostaną zabawki, on szlochał. Jego dom właśnie został spalony razem z jego całym dobytkiem.

     Zgaduję, że Louis czuł się okropnie, nie mógł nawet spojrzeć na zgliszcza swojego dotychczasowego domu.

     - Louis tak mi przykro - wyszeptałam i przełknęłam gorzką żółć tworzącą się w moim gardle. Czułam się za to winna. Ba, jakbym współuczestniczyła w tym podpaleniu.

     - Musimy się teraz zwalić na głowę mojej matce. - Puścił mnie i wyprostował się pociągając nosem. - Chodź do samochodu, raczej nic się nie ostało. Resztą zajmą się służby. 

     W milczeniu ruszyliśmy do auta. Oboje nie mogliśmy już patrzeć na to wszystko. W drodze do Santa Clara Charlotte myślałam czy mówić Louisowi o liście. Ostatecznie postanowiłam to przemilczeć. Jeżeli mu powiem to nigdy nie pozwoli mi wyjechać do Francji. Z resztą i tak muszę się wymknąć, nie mogę mu powiedzieć, że wyjeżdżam. Przez całą drogę ze sobą nie rozmawialiśmy. Podczas jazdy słuchaliśmy radia, a prawie na wszystkich stacjach zdawano relację z jakże spektakularnego i wybuchowego pożaru domu Louisa.

     Wieczorem ruch na ulicy był niewielki, więc dotarliśmy do celu po piętnastu minutach. 

     Louis wysiadł z samochodu i zajął się wyciąganiem naszych ostatnich rzeczy z bagażnika. Ja nadal siedziałam w jednym miejscu tępo przyglądając się drzwiom do domu Pani Navier. Jak miałam jej spojrzeć w oczy? Jak? Wiedząc, że to ja odpowiadam za życiową tragedię jej syna? 

     Z moich oczu zaczęły ponownie wypływać pojedyncze łezki. 

     Co ja najlepszego narobiłam?

Czarna OrchideaOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz