7.Pewien blondyn

3.9K 255 90
                                        


- Nie! - chłopak podniósł głos, rzucając we mnie poduszką.

- Ciel, proszę. - powiedziałem, unikając prowizorycznego pocisku. Zbliżyłem się przy tym niepewnie do mojego podopiecznego.

- Już się dosyć nasiedziałem w szpitalu. Wszystko ze mną w porządku. - upierał się nastolatek. To dziś mieliśmy iść na wizytę kontrolną do szpitala, Ciel natomiast nie był z tego faktu zadowolony.

-I tak prędzej czy później musimy pójść. -starałem się brzmieć łagodnie, chcąc go w delikatny sposób przekonać.

Wiedziałem, że szef i lekarz opieprzą mnie, jeśli nie zawitam dziś z Cielem w jego niedawnym miejscu tortur. Chłopak miał to jednak gdzieś i odwrócił się do mnie plecami, podciągając kolana pod brodę. To wtedy właśnie postanowiłem podejść bliżej, ze zgrozą stwierdzając, że płacze. Widziałem dużo płaczących ludzi, ale oni wychodzili potem z gabinetu i znów dzień był piękny i wesoły. Nie musiałem ich zbytnio wspierać, ratowałem ich dobrym słowem i nadzieją, a potem zajmowali się nimi bliscy. Z Cielem był jednak inaczej, to ja obecnie byłem najbliższą mu osobą. Położyłem więc rękę na jego plecach, na co nie zwrócił nawet uwagi.

- Nie chcę tam wracać. To miejsce już zawsze będzie mi się kojarzyć z najgorszym momentem w moim życiu. Nie jedźmy. - zaskomlał, co skwitowałem cierpiętniczym westchnieniem.

Mogłem się domyślić, że ma traumę, a co za tym idzie dzisiejszy wyjazd będzie dla niego wyzwaniem. Niewiele więc myśląc przysunąłem się bliżej, obejmując go ramieniem, aby drugą rękę wsunąć pod jego nogi. Dzięki temu posadziłem go sobie na kolanach, obejmując delikatnie, z wyuczoną troską. Zacząłem go przy tym głaskać po włosach, czekając, aż trochę się uspokoi. Nic na siłę, trzeba było spróbować spokojem i zrozumieniem.

- Będę z tobą od początku do końca, dobrze? - zapytałem cicho, nie przestając gładzić granatowych kosmyków.

Nastolatek po dłuższej chwili pokiwał głową, schodząc z moich kolan. W milczeniu, które tym razem nie było aż tak kłopotliwe, włożyliśmy buty, aby następnie opuścić mieszkanie.

***

Już z klatki schodowej mogłem dostrzec jak okropna pogoda zgotowała się nam tej jesieni. Deszcz przecinał niebo, tworząc ścianę wilgoci. Zanim postanowiliśmy wejść w tę pluchę, rozłożyłem duży, czarny parasol, pod którym skryłem się wraz z chłopakiem, aby dobrnąć jakoś do samochodu. Miałem nadzieję, że Ciel się nie przeziębi. Co prawda było ciepło, jednak wciąż nie byłem przekonany, czy jego ulubiona, granatowa bluza była najlepszym ubraniem podczas ulewy.

***

Do szpitala mimo warunków pogodowych dojechaliśmy szybko. W poczekalni ludzie uwijali się jak w ukropie, korytarz był przepełniony. Nie bacząc na tłok, podszedłem do recepcji, gdzie jakaś brunetka zapisywała w dokumentach dane, zapewne pacjentów. Jej dłonie z prędkością światłą sunęły po klawiaturze.

- Dzień dobry. - powiedziałem uprzejmie, zwracając na siebie jej uwagę.

- Dzień dobry. - odpowiedziała, patrząc na nas z niemym pytaniem. - Panowie do lekarza? Odwiedzić kogoś?

Zanim zdążyłem się odezwać, uprzedził mnie ratownik, który podbiegł do recepcji. Niemalże rzucił czymś na kształt dowodu na ladę, przez co lekko się skrzywiłem. Wyglądało na to, że się śpieszył.

- Proszę zameldować tego mężczyznę, zabieramy go na salę operacyjną. Później do pokoju 305A. - zameldował, na co kobieta pokiwała tylko ze zrozumieniem głową, oglądając dokładnie dowód. Już po chwili mężczyzna znów zniknął w tłumie.

- Przepraszam, czemu dziś jest tutaj tak duży ruch? Dopiero jedenasta. - nie kryłem ciekawości.

- Widział pan, jaka jest pogoda? Na autostradzie wydarzył się ogromny karambol z udziałem czterech aut osobowych i ciężarówki. Ci, którzy nie brali udziału bezpośrednio w wypadku również zostali przewiezieni do szpitala. - w jej głosie słychać było zmęczenie, trochę jakby oczekiwała współczucia za to, w jak niewdzięcznych i wymagających warunkach musi pracować. Jednocześnie wraz z poleceniem ratownika wpisywała dane do systemu. - A teraz czego panowie potrzebują?

- Ach tak, my do lekarza Harrisa.

Kobieta skwitowała moje słowa mruknięciem, sprawdzając coś w komputerze.

- Doktor będzie mógł przyjąć was za piętnaście minut, na razie poczekajcie przed gabinetem 345. Korytarzem prosto, a później w prawo. - poinstruowała, pokazując ręką odpowiednią stronę.

- Dziękujemy. - odpowiedziałem kulturalnie, uznając, że należą się drobne podziękowania za podział uwagi na sprawę naszą i tego strasznego wypadku.

Po tym objąłem Ciela ramieniem, prowadząc w odpowiednim kierunku. Niedługo później usiedliśmy pod wskazanym gabinetem na tych słynnych, plastikowych krzesełkach. Tutaj akurat nie było dużo osób, ot nastolatka przylepiona do telefonu. Niedaleko były jednak drzwi od sali operacyjnej, gdzie czekało jakieś małżeństwo w średnim wieku. Po chwili z pomieszczenia wyszedł lekarz, patrząc na nich smutno i zaczął coś powoli mówić, zachowując grobową minę. Nie minęło kilka sekund, kiedy kobieta zaczęła płakać i wykłócać się z lekarzem. Mąż jednak uciszył ją, przytulając mocno do siebie, również płacząc.

Poczułem na ramieniu ciężar. Zerknąłem w tym kierunku i ujrzałem mojego podopiecznego, który przytulał się do mojej ręki, kładąc głowę na moim ramieniu. Też zwrócił uwagę na to, co ja, nie miałem żadnych wątpliwości. Pogłaskałem go wolną ręką po głowie. Ja też oficjalnie zacząłem nienawidzić szpitali.

Pov.Ciel

Kiedy weszliśmy do gabinetu, lekarz przywitał nas z miłym uśmiechem. Ja nie wysilałem się na takie gesty, po prostu powiedziałem ciche ,,dzień dobry''. Zaczął mnie po lekarsku obmacywać, sprawdzać puls i inne głupoty, które nie wydawały mi się niczym potrzebnym. Ja się do cholery próbowałem zabić, ale już jest dobrze.

No... Powiedzmy.

Ale na pewno nie potrzebowałem żadnych badań, na które musiałem specjalnie wcześnie wstawać i wychodzić z bezpiecznego azylu, jakim chwilowo było dla mnie mieszkanie mojego psychologa. Nie musiałem tu dziś przychodzić, a jednak dałem się podejść. Było dobrze, dopóki mogłem trzymać Sebastiana za rękę. Dopóki nie byłem sam na sam z lekarzem, wiedziałem, że nic mi się nie stanie. Nigdy nie miałem zaufania do przedstawicieli służby zdrowia.

Panika ogarnęła mnie dopiero wtedy, kiedy lekarz poprosił, abym poczekał na korytarzu. Czarnowłosy puścił wtedy moją dłoń, obiecując, że zaraz przyjdzie. Wyszedłem więc niechętnie na korytarz i usiadłem na krzesełku, będąc tu teraz w pojedynkę. Odeszła nawet nastolatka z telefonem. Zaniepokojony spojrzałem na drzwi od sali operacyjnej, gdzie jeszcze niedawno stało zapłakane małżeństwo. Bez wątpienia ktoś tam zginął, a ciało wciąż mogło być za drzwiami. Dlaczego o tym myślałem? A może po prostu zazdrościłem? Szybko otrząsnąłem się z myśli. Ta samotność była nie do zniesienia. Ściany tego budynku widziały niejedną śmierć, przez co miałem wrażenie, jakby każda pokrzywdzona dusza patrzyła teraz na mnie swoimi martwymi oczami. Nie zapamiętałem momentu, w którym pobiegłem korytarzem, wpadając do pierwszej lepszej sali. Zamknąłem za sobą drzwi, a następnie osunąłem się po ścianie, chowając twarz w dłoniach.

- Cześć. - usłyszałem z rogu pokoju.

Podskoczyłem, nie myśląc nawet o potencjalnych mieszkańcach tego pomieszczenia. Tymczasem po sali rozniósł się dźwięczny, niemalże dziecięcy śmiech. Spojrzałem na jedno z dwóch łóżek, na którym leżał blond włosy chłopak. Jego tęczówki w kolorze bezchmurnego nieba przyglądały mi się z ciekawością. Był mniej więcej w moim wieku, jednak nie byłem w stanie stwierdzić tego z całą pewnością.

- Cześć. - powiedziałem niepewnie, nie wiedząc, czy jestem tu mile widziany.

- Zgubiłeś się? - zapytał mnie nieznajomy.

- N-nie. - wydukałem, nie wiedząc, jak się zachować. Odwaga blondyna mnie onieśmielała.

- Chodź, nie będziesz siedział na podłodze. - rzekł, siadając po turecku, a następnie klepiąc miejsce obok siebie. Usiadłem na łóżku, jednak trochę dalej niż mi proponował. - Fajnie, że przyszedłeś, nawet jeśli tylko przez pomyłkę. Jestem tutaj od dwóch godzin. Razem z moimi rodzicami i bratem brałem udział w tym wielkim wypadku samochodowym. Byłem jedyną osobą, która zachowała przytomność. Zwędziłem z recepcji cukierki, kiedy nikt nie patrzył, chcesz?

Zapytał, wyciągając spod poduszki worek z cukierkami w kolorowych papierkach. Rozwinął jednego i włożył sobie do ust, wyciągając worek w moją stronę i zachęcająco nim potrząsając. Ja wciąż przyswajałem wszystkie informacje, które usłyszałem i nie mogłem wyjść z podziwu dla jego spokoju. Dopiero co przeżył wypadek i nie wiedział, gdzie jest jego rodzina, a teraz jakby nigdy nic jadł cukierki.

- Nie biorę słodyczy od nieznajomych. - odpowiedziałem po chwili, na co znów się zaśmiał.

- Alois Trancy. - przedstawił się, wyciągając w moim kierunku dłoń, którą uścisnąłem.

- Ciel Phantomhive. - odwdzięczyłem się tym samym, będąc już trochę pewniejszym.

- To chcesz tego cukierka? - zapytał, znów potrząsając workiem ze słodyczami.

Pov.Sebastian

- I jak ci idzie opieka nad nim? -zapytał lekarz, gdy obaj siedzieliśmy po dwóch stronach masywnego biurka, sami.

- Dobrze. Nie robi żadnych problemów. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Pomijając problemy z odżywianiem oraz niechęć do wychodzenia z domu, Ciel faktycznie był nieproblematyczny.

- Jest lepiej. - oszacował lekarz.

Przywołałem w głowie obraz Ciela, który do niedawna był z nami w pomieszczeniu. Nie wydawało mi się, aby coś się zmieniło. Możliwe, że po prostu ja nie potrafię dostrzec zmiany. Byłem w końcu psychologiem, nie medykiem.

- Może pan sprecyzować? - zapytałem, chcąc dowiedzieć się, o jaką poprawę chodziło mężczyźnie.

- Co prawda wciąż jest przestraszony i niepewny, jednak sylwetka jest mniej przygarbiona, a ruchy niedostrzegalnie śmielsze. Dodatkowo przez całe badanie trzymał cię za rękę. Ten niewinny gest świadczył o powierzchownym zaufaniu. Trzyma się osób, które mogą mu zapewnić bezpieczeństwo. Będę szczery, te badania nie są jedynie zdrowotne. Będę również kontrolować jego stan psychiczny. Muszę zdawać raporty z tego, jak się nim zajmujesz. Nawet najlepszy psycholog może popełnić błąd, a wtedy jego podopieczny na tym cierpi. Jest człowiek i nie ma człowieka, sam najlepiej wiesz jak to działa. - powiedział niczym ktoś naprawdę zmęczony swoim istnieniem, ale też cieszący się, że może komuś pomóc. 

Byłem jedynie ciekaw, jak zwykły lekarz chce oceniać stan psychiczny mojego podopiecznego i czy szef naprawdę tak mnie nie lubi, że przydzielił niańkę, która będzie pilnować tego, jak wykonuję swoje obowiązki.

- Proszę się nie martwić. Nie pozwolę, żeby stała mu się krzywda. - zapewniłem, opuszczając gabinet dość pośpiesznie, nie chcąc zostawiać na dłużej szesnastolatka.

Gdy jednak wyszedłem z gabinetu i rozejrzałem się po korytarzu, nigdzie nie dostrzegłem Ciela.

Pov.Ciel

Dałem się namówić na jednego cukierka, a później kolejnego i kolejnego. Blondyn wciągnął mnie w rozmowę, czemu nie zamierzałem się sprzeciwiać. Mój nowy znajomy miał siedemnaście lat, czyli był jedynie o rok starszy ode mnie, co oznaczało, że nie jestem taki zły w szacowaniu wieku. Rzuciło mi się jednak w oczy to, że wciąż się śmiał, co w niektórych momentach było dość niepokojące i tak inne od zachowania typowego dla mnie. Ale w pewnym momencie przypomniałem sobie, że miałem czekać na korytarzu, a Sebastian pewnie już skończył rozmowę i szuka mnie po tym wielkim szpitalu.

- Muszę już iść. - przyznałem, wstając.

- Fajnie, że byłeś. Może się jeszcze kiedyś potkamy. - blondyn uśmiechnął się, chowając mi do kieszeni parę cukierków. - Za dużo ich, pomożesz mi pozbyć się dowodów ''zbrodni''?

Zachichotał, dokładając jeszcze parę. Teraz w mojej kieszeni miałem zawartość co najmniej połowy małej paczki słodyczy.

- Pewnie. - powiedziałem z lekkim uśmiechem, nie mając nic przeciwko. Nie myślałem, że szpital oferuje aż tak dobre słodycze. - Pa.

Mruknąłem na odchodne, wychodząc z sali i machając mu jeszcze na pożegnanie, jakbyśmy obaj dalej byli dzieciakami. Blondyn oddał gest, uśmiechając się od ucha do ucha.

- Do zobaczenia! - krzyknął na koniec.

***

Po drodze natknąłem się na Sebastiana, który, jak przewidywałem, szukał właśnie mnie. W sumie to byłoby nawet miłe, gdyby nie fakt, że nie wyglądał na zbyt zadowolonego moją wędrówką. Odetchnął z ulgą, kiedy mnie w końcu odnalazł, natomiast kąciki jego ust uniosły się lekko ku górze.

- Gdzie ty byłeś? - zapytał, klękając, aby zrównać się ze mną wzrostem.

- Po ciepłą czekoladę byłem. Na dole mają automat. - wymyśliłem na poczekaniu, przypominając sobie urządzenie stojące na dole przy wejściu. Wolałem nie mówić, że jadłem cukierki wraz z nieznajomym chłopakiem.

- Nie rób tak więcej. - upomniał, przytulając mnie, przez co poczułem wyrzuty sumienia. W drodze wyjątku postanowiłem go objąć.

Pov.Sebastian

W myślach momentalnie odetchnąłem z ulgą. Byłem rad, że go znalazłem. Szpital był ogromny, więc mogłem go szukać o wiele dłużej.

- Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś ci się stało. Nie mogę cię stracić. - i choć umiałem naprawdę świetnie kłamać w najróżniejszych sytuacjach, obecnie byłem w pełni szczery.


Witam moje jelonki! Dzisiaj 14 lutego, czyli walentynki, a więc również walentynkowy rozdział. Dostałam przypływu weny i napisałam ponad 1450 słów. Mam nadzieję, że się spodobało. SZCZĘŚLIWYCH WALENTYNEK!

PSYCHOLOG || SEBACIELOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz