20.Na zawsze razem

1K 82 53
                                        


Pov.Sebastian

Przedzierałem się przez las, rozglądając po okolicy, która już dawno nie była dla mnie niczym znajomym. Miałem strzępki wspomnień z tego miejsca, które przez te lata mocno zarosło. Wydawało mi się jednak, że pachniało tak samo jak kiedyś, rześko i deszczem, który w cieniu drzew nie schnął tak prędko, jak na łące.
Zmęczony wszystkim przetarłem oczy, po tym znów skupiając się na śladach. Potem przeniosłem wzrok na zegarek, który uświadomił mnie, że już trochę tu błądzę. Zapewne dalej nie wiedziałbym do końca, gdzie jestem i dokąd idę, gdyby nie wycięty na jednym z drzew trójkąt. To tym właśnie symbolem oznaczałem drogę do miejsca, które było mi bliskie. Ale czy Ciel naprawdę poszedł właśnie tam? Uznałem, że muszę to sprawdzić i wraz z tym zacząłem żwawiej przedzierać się przez zarośla.

Pov.Ciel

To już ostatni dzień wakacji. Jutro wracamy do naszego normalnego domu. Mój domek na drzewie jest już ukończony, będę go jedynie udoskonalał. Udało mi się nawet zdobyć sejf od znajomego ojca. Zamontuję go gdzieś w domku i schowam tam wszystkie moje pamiętniki.

Mój zapas zeszytów do przejrzenia powoli się kurczył. Przy niektórych notkach były przyklejone jakieś karteczki z informacjami, bilety autobusowe, a nawet ususzone kwiaty. Czułem się tym wszystkim naprawdę poruszony. Odkrywanie dzieciństwa Sebastiana było zajęciem wciągającym i przynoszącym sporo satysfakcji. Dotychczas mój mąż mówił mi jedynie o tym, że jego rodzice dużo pracowali, a on nie miał zbyt wielu przyjaciół. Tak to rozwijał i ładnie ubierał w słowo, że udało mi się z niego przez te wszystkie lata wydusić tylko tyle.

Znów pomyślałem o Clementine. O tym, jak bolesne i traumatyczne musiało to dla niego być. Miałem przy tym nadzieję, że w drugiej klasie liceum znów mu się polepszy (stopniowo dochodził do siebie), jednak coś mi przeszkodziło, zanim chwyciłem odpowiedni notatnik. Usłyszałem skrzyp drabiny prowadzącej do domku, a potem spróchniałe, uginające się deski, które mówiły wprost, że ktoś wchodzi na górę. Przez chwilę zlęknąłem się tak, że byłem sztywny i niezdolny do ruchu, jednak po chwili postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce. Zgarnąłem leżącą nieopodal, całkiem ciężką latarkę i kiedy klapa zaczęła się podnosić, rzuciłem przedmiotem w ''napastnika''. Potem skuliłem się i zakryłem twarz dłońmi, tak jakby miało to sprawić, że stanę się dla tego kogoś niewidzialny.

- Ała. - usłyszałem, potem doszły do mnie słowa wypowiedziane dobrze mi znanym głosem. - Naprawdę zasługuję na takie powitanie?

Stanąłem normalnie i spojrzałem na mojego ukochanego, który wszedł do domku, tym raz nieniepokojony żadnymi atakami. Na wszelki wypadek zmierzyłem go dokładnie wzrokiem, ale wydawał się cały. Nawet jak oberwał to chyba niezbyt mocno.

- Wybacz. Myślałem, że to ktoś obcy. - uśmiechnąłem się przepraszająco.

- Nie chcę ci psuć zabawy, ale najbliższe domostwa są co najmniej dwa kilometry stąd. A raczej mało się tu zapuszcza ludzi nie z tych okolic. - parsknął i zajął miejsce na ziemi, aby uchronić się przed schylaniem. Sufit domku był bardzo niski nawet dla mnie, a co dopiero dla niego. - Swoją drogą martwiłem się, wiesz? To nie jest najlepszy czas na samotne spacery bez informowania mnie.

- Wiem, Sebastian. Przepraszam. Trafiłem tu i nieco się zasiedziałem. - powiedziałem, spuszczając wzrok.

Naprawdę nie pomyślałem o tym, że mógł obudzić się wcześniej albo że ja mógłbym się gdzieś po drodze zgubić lub mieć wypadek i byłoby wtedy krucho. Chyba ta wiejska okolica przeprawiała mnie o tak nierozważną beztroskę.

- Dobrze już. Uznajmy, że co wybaczam. Chodź. - powiedział, rozkładając ręce i tym samym dając mi jasny sygnał, że mogę się przytulić, co też uczyniłem.

Mężczyzna pachniał lasem, jego wilgotnym klimatem i wiatrem, który mknął, głaszcząc korony i pnie drzew. Tym chętniej przyległem do niego, oplatając rękami jego szyję. Zadrżałem jednak, czując, jak chłodny jest materiał jego ubrania.

- Tego, że wyszedłeś na dwór bez bluzy, już ci chyba nie wybaczę. - powiedział, ściągając z siebie odzienie wierzchnie. Potem otulił szczelnie bluzą moje ramiona, zakładając na moją głowę kaptur.

- Byłem... Zamyślony. - mruknąłem, jakby to było niepodważalne uzasadnienie mojej nieodpowiedzialności.

- Powtórz to, jak będziesz chory. - prychnął, wiedząc w końcu, jak łatwo dopadały mnie choroby.

Mimo że wydawał się zmęczony i nieco zirytowany, rozglądał się po wnętrzu. Robił to dość ukradkowo, jednak ja, będąc blisko, bez problemu to wykryłem. Przytuliłem go mocniej, gdy natrafił wzrokiem na notatniki spoczywające niedaleko nas.

- To twój domek, prawda? - zadałem pytanie, które musiało w końcu paść.

Sebastian skinął głową.

Pov.Sebastian

Rozglądałem się po dobrze znanym mi wnętrzu, czują napływające wraz z tym widokiem wspomnienia. Prawie nic się tutaj nie zmieniło. A myślałem, że ten domek już nie istnieje. Że zawalił się pewnego lata, tego, podczas którego już nie przyjechałem. A może następnego, a może tego po następnym. Sądziłem, że pewnego dnia po prostu rozpadł się na część, zgnił w trawie i to wszystko, co zostało po niezbyt szczęśliwym okresie mojego życia.
  Czułem na sobie czujny wzrok ukochanego, co jednak zignorowałem.

- Sebastian? - zapytał, przez co skupiłem na nim swój wzrok i uwagę. Przynajmniej część uwagi, jej istotny fragment był już gdzieś tam, w przeszłości. - Tęsknisz za Clementine?

Zapewne zastanawiałbym się, skąd wie, gdyby nie zeszyty porozrzucane na ziemi. Wygląda na to, że poczytał trochę o moim życiu sprzed naszej relacji, chyba nawet nieco więcej niż trochę.

- Tak. - mruknąłem cicho, uznając, że to nie czas na kłamstwa. Nie w tej kwestii, nie w momencie, w którym poznał od każdej strony żałobę, która na pewien czas wykreśliła z mojego życia szczęście.

Zagryzłem dolną wargę, powstrzymując się łzy spowodowane wspomnieniem przyjaciółki, która już dawno nie odwiedzała moich myśli. Teraz znów tam była, z długimi włosami związanymi w kucyk i hipnotyzująco zielonymi oczami. Myślałem, że już jej nie pamiętam, podczas gdy teraz była w moim umyśle klarowna jak na fotografii.

Czułem, że spojrzenie, które wlepiał we mnie Ciel, stało się bardziej zatroskane. Ujął moją twarz w dłonie i lekko pogłaskał mnie po policzkach, wraz z tym gestem przeniosłem na niego wzrok. Jego delikatny uśmiech był podobny do jej uśmiechu, tak łagodny i pełen zapewnienia, że będzie dobrze. Tyle że mój mąż był dla mnie jeszcze ważniejszy od Clem, ich obu kochałem, ale to z Cielem postanowiłem ułożyć sobie życie. Nie wiem, czy przeżyłbym jego stratę, która kilkanaście dni temu była tak bliska. 

- Shhh, spokojnie. - przytulił mnie mocno, widząc zapewne moje szklące się oczy i to, jak lekko drżę, powstrzymując płacz. Niestety nie udało mi to na długo, zacząłem cicho szlochać w jego ramionach.

Wraz z moim płaczem Ciel zaczął mnie uspokajać, przeczesując dłonią moje włosy tak, jak ja zazwyczaj przeczesywałem te jego. Okazało się to niezwykle kojące, tak samo, jak jego zapach. Do teraz miał w sobie nutę szpitala, bardziej przebijał się jednak zapach czekolady i waty cukrowej, ogólnie wielu różnych słodkości.
   Po jakimś czasie odsunął się i pocałował w policzek, ścierając z niego wilgotne ślady. Wciąż nie czułem się najlepiej, ale zdecydowanie lepiej niż wtedy, kiedy jako dzieciak samotnie wypłakiwałem tu swoje smutki.

- Już dobrze, słonko. - powiedział, emanując spokojem, jaki ja starałem się ostatnio trzymać w jego towarzystwie. - Masz mnie. Obiecuję, że ja będę przy tobie tak długo, jak zdrowie mi pozwoli. Już nie zostaniesz sam.

Powiedział, patrząc mi w oczy. W odpowiedzi lekko się uśmiechnąłem, co Ciel podłapał, unosząc kąciki ust ku górze.

- Idziemy. - powiedział, wstając się z moich ud, na których wcześniej usiadł.

- Błagam cię, dopiero co wysilałem się, aby tu dotrzeć. Daj mi chwilę na regenerację. - powiedziałem błagalnie, ale jak to już mają takie mendy w zwyczaju, Ciel nie wykazał się litością.

- Nie ma pięciu minut. Widzisz te chmury? Za pół godziny, a nawet mniej, będzie padać. - oznajmił, wtedy też spojrzałem na małe okienko w domku. Faktycznie, na niebie zaczynało się stopniowo pojawiać coraz więcej szarych, burzowych chmur, których jeszcze chwilę temu nie było.

- Ciel, moja kondycja nie istnieje. - zamarudziłem, kiedy ten był już w połowie drogi na dół. 

- Moja też. - wychylił jeszcze na chwilę głowę z otworu w podłodze, tylko po to, aby słodko się do mnie uśmiechnąć. - Dlatego mnie poniesiesz.

Pov.Ciel

Sebastian bardzo rzadko płakał. To ja byłem tutaj beksą, nieumownie role rozdysponowane były właśnie w ten sposób. Czułem się jednak zaskakująco dobrze z tym, że tym razem to ja mogłem go pocieszyć. Z radością wracałem z nim do domku, trzymaliśmy się przy tym za ręce niczym para zakochanych małolatów. Wiem, że go nie zostawię i będę się cieszył z każdej z takich chwil. Czasem człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jak dobrze być wsparciem dla osoby, którą bardzo się kocha.


Witam moje jelonki. To już dwudziesty rozdział, poważna sprawa i zaryczany Sebastian, lubię go w takim stanie, szczerze mówiąc.

PSYCHOLOG || SEBACIELOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz