Przez prawie dziewiętnaście lat życia nie miałam pojęcia, że pół godziny może trwać tak długo. Trzydzieści minut stania i uśmiechania się do wysoko urodzonych, podczas gdy oni oddawali Viorice należne jej honory. Kłaniali się i całowali jej pierścień rodowy, a ona udawała, że czerpie jakąkolwiek przyjemność z tej sytuacji, z resztą pewnie porównywalną do mnie. Buty już dawno zmieniły się w narzędzia tortur, a kark bolał jak nigdy dotąd. Kiedy kolejna para królewska skłoniła się przed księżniczką, poczułam wwiercające się we mnie spojrzenie. Uniosłam ostrożnie wzrok, cały czas mając na twarzy uprzejmy uśmiech. Napotkałam znajome lodowatoniebieskie oczy, w których błyskało coś na kształt zaintrygowania. Cavar oczywiście prezentował się nienagannie, stojąc lekko za swoimi rodzicami. Przez prawe ramię miał przewieszoną szarfę w barwach Invei – pomarańczu i szkarłacie. Puścił mi oko, po czym odwrócił się w stronę Viorici, by także się ukłonić. Z trudem powstrzymałam wypływający na moją twarz kpiarski uśmiech i, po upewnieniu się, że da sobie radę jeszcze przez chwilę, najdyskretniej jak mogłam, zeszłam z podestu.
Nietrudno było odnaleźć w tłumie adopcyjnych rodziców Vii. Stali z boku, nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Ubrani najskromniej z całego towarzystwa, ale wciąż bardzo elegancko, dość znacząco się wyróżniali, zwłaszcza z Xavierem, który robił absolutnie wszystko, aby wyrwać się trzymającej go Zelli. Podeszłam do nich, ignorując ból stóp.
– Dzień dobry państwu – uśmiechnęłam się, po raz chyba setny tego dnia.
I po raz pierwszy szczerze.
Mały Xavier na chwilę uspokoił się, onieśmielony obcą osobą. Jednak jego rodzice uśmiechnęli się niepewnie.
– Dzień dobry – odpowiedział Reed, obejmując żonę.
– Jak się państwu podobała koronacja?
Oboje skierowali spojrzenia na córkę, w tym momencie przyjmującą ukłony od Rionach, starszej siostry Rosemary i następczyni tronu królestwa Scova.
– Wygląda wspaniale – westchnęła Zella. – Prawie jak nie nasza córeczka.
Położyłam dłoń na sercu.
– Mogę z całą pewnością zaręczyć, że to dalej ona – zaśmiałam się. – Spędziła tu ledwie dwa tygodnie. Powinni państwo iść się przywitać.
– Chyba... Chyba jest wystarczająco zajęta – powiedział mężczyzna, ze wzrokiem utkwionym w dziewczynie.
Rzuciłam okiem na ostatnią reprezentację, wchodzącą właśnie na podwyższenie.
– Nonsens, przecież już za chwilę będzie wolna – spojrzałam na nich z sympatią. – Myślę, że właśnie tego teraz potrzebuje. Proszę za mną.
Ruszyłam w stronę księżniczki, prowadząc jej przybranych rodziców. Sala zaczynała się powoli wyludniać, wszyscy zmierzali do komnat, przygotować się do balu maskowego wieczorem. Ukłoniłam się przed Vioricą, ignorując fakt, że prawdopodobnie paskudnie mi to wyszło.
– Wasza wysokość, pozwolę sobie zaanonsować najważniejszych gości w zamku – zaśmiałam się, wskazując na rodzinę dziewczyny.
Granatowowłosa wreszcie mogła zignorować etykietę, której sztywno trzymała się od rana i po prostu padła w objęcia rodziców. Całej sytuacji z nieco słabymi uśmiechami przyglądała się para królewska. Postanowiłam odejść trochę, czując że nie należę do tej scenki. Z tak... szczególną rodziną jak moja, nie potrafiłam odnaleźć się w takich sytuacjach. Zdążyłam odejść może kilka kroków, kiedy poczułam spory ciężar na plecach i kościste ręce na szyi. Zatoczyłam się do przodu, nie potrafiąc utrzymać równowagi na szpilkach. Zrobiłam kilka chwiejnych kroków, kiedy uderzyłam o coś twardego.
CZYTASZ
Gwardzistka
ActionAmelie dorastała jako członek Gwardii Królewskiej, jej obowiązkiem była ochrona rodziny królewskiej i dbanie o bezpieczeństwo kraju. Teraz sprawy się nieco skomplikowały... Przyzwyczajona do prostego życia żołnierza dziewczyna wkracza w świat dworsk...
